Po naddunajskiej przygodzie. Budapeszt. Koniec

Wiatry, deszcze i temperatury iście jesienne, w niczym nie przypominające temperatur węgierskiego lata, wygoniły nas znad Balatonu. Z niedosytem wracamy więc do Budapesztu.

Już w pociągu do stolicy Węgier ogarniamy zakup biletów do Polski. Ale spokojnie. Zostajemy jeszcze ponad dobę. No chyba, że nie uda nam się znaleźć noclegu. Bo jak się okazuje, ogarniający tą akcję przez różne aplikacje Pimpek, zostaje powiadomiony przez moce Interneta,  że nocleg w Budapeszcie owszem, ale co najmniej na dób dwie (żadnych dup w gratisie nie oferują :P). Pole namiotowe kosztuje zaś niemal tyle, co ów nocleg z dwiema dupami dobami w hostelu. Szczerze, to nawet ja nie bardzo mam ochotę spędzać ostatnich godzin wakacji w zimnym namiocie, na wilgotnej glebie pod tyłkiem. Mroczna otchłań sieci daje w końcu Pimpkowi jakiś punkt zaczepienia i iskrę nadziei.

P: Jest hostel na jedną noc za 50 €. Brać?

Tu rozbrzmiewa jednogłośne Bierz!

Wziął. Jedno klik i czujemy się bezpiecznie. Ale czy na pewno?

Tajemniczy hostel i inne mroczne epizody

Pociąg Balaton Expressz dowozi nas na dworzec Déli. To już trzecia stacja, którą podczas tego krótkiego pobytu udaje nam się zaliczyć. Dworzec Déli to jeden z trzech (po Keleti i Nyugati) obsługujących kursy dalekobieżne i międzynarodowe. Lawirujemy w ulicznym zgiełku pośród pędzących samochodów z Budy do Pesztu. Z duszą na ramieniu przekręcamy nad Dunajem i z ulgą wjeżdżamy na pesztańską stronę stolicy Węgier.

z widokiem na Most Elżbiety

Kierowani nawigacją znajdujemy ulicę, na której mieści się ponoć nasz hostel. Długa ulica dobiegająca do jednej z głównych trakcji aglomeracji miejskiej jest dziwna z co najmniej dwóch powodów. Mimo swej prostej długiej nie ma na niej żywego ducha. Budynki wyglądają na mocno zapomniane. Jakby wszyscy wystraszeni wizją jakiegoś kataklizmu zabrali stąd w ciorty swoje zadki. Tu wybita szyba, tam zabite dechami drzwi i okna.
Jeździmy w tę i z powrotem i żaden budynek nie zdradza się żadnym szczegółem dającym nam wyraz TAK! TO TUTAJ. WŁAŚCIWY ADRES!

Nie znajdujemy przez dłuższy czas nawet naszego poszukiwanego numeru 14. W końcu jeden bystrzak dostrzega, że z 14 odpadła gdzieś 1 i budynek pozostał „4” zamiast „14”. No dobra jest budynek ale żadnej informacji, czy to właściwe miejsce. Zielona wysoka furta zamknięta na cztery (nomen omen zgodnie z cyfrą na fasadzie) spusty. Na dzwonek nikt nie reaguje a z podpiwniczonej części budynku dobiegają dźwięki jedynej w swoim rodzaju muzyki, w której czuć ducha Afryki.

Może jednak to nie tu?

Zachodzimy w głowę. Bystrzak znowu dostrzega, że żaluzje w oknie są odzwierciedleniem tych ze zdjęcia oferty. Czyli znaczy się tutaj!
Kiedy już rozważamy odwrót, przez jedno z okien kamienicy wyłania się wielki turban a tuż za nim ciemnoskóra twarz kobiety. Artykułuje coś w charakterystyczny dla kultury swojej nacji sposób i znika. Czekamy zastygnięci w bezruchu, gapiąc się jedno na drugiego w bezpojętnym stanie.  Nagle za furtą słyszymy kroki. Szamotanie i brzęk pęku kluczy ląduje w zamku bramy. W coraz większym napięciu czekamy, co się zaraz wydarzy. Wszystkie zmysły wyostrzyły się do granic możliwości, bo to co „tam” jeszcze dla oczu niedostępne.

Tajemniczy hostel

Otwiera się w końcu zielona brama a naszym oczom ukazuje się niewysokiej postury, uśmiechnięty od ucha do ucha, szczerzący swe białe ząbki ciemnoskóry koleżka. Wita się z nami wyraźnym angielskim i zaprasza do środka. Jeszcze tylko spoglądamy po sobie szukając w drugim wyrazu twarzy spod znaku nogi za pas?! 

Zamiast uciekać idziemy jeden za drugim w zwartym ogonku za tajemną bramę. Czy to już koniec? W chwili, kiedy gospodarz wprowadza nas przez jedne, drugie, trzecie i czwarte drzwi aż do ostatniej izby, instruując, że każde z nich trzeba zamykać na klucz myślę sobie, że lepiej było uciec :/
Apartament wygląda jak na zdjęciu w serwisie internetowym, co nieco uspokaja naszą podejrzliwość. Jest ciepło, czysto i schludnie. Może przetrwamy noc, a nasze organy pozostaną nienaruszone 😛

 

 

Mimo deszczu, niskiej temperatury i porywistego wiatru jedziemy do pesztańskiego centrum. Dość blisko mamy stację metra Népliget więc korzystamy z niebieskiej linii podziemnej kolejki.

Zanim jednak wsiądziemy do dość archaicznego wagonu rosyjskiej produkcji w oczy kłuje widok ludzi, dla których ciemne zaułki ulic i podziemne korytarze są jedynym domem. Leżą porozkładani na kartonach, starych kocach albo niczym nie izolowanej posadzce a ich ciała przyjmują poskręcane niczym w konwulsjach pozycje. W ich mętnym spojrzeniu widać działanie różnorakiego rodzaju środków, wprowadzających ich w stan nieważkości. Wodzą za Tobą tym błędnym wzrokiem albo wbijają go w Ciebie jak ostre szpile w laleczki voodoo. Mam nadzieję, że żadna klątwa przy tym nie pada ale na pewno wprawia w stan swoistego zakłopotania a nawet poczucia winy, za ich los.

To nie jedyna mroczna sytuacja panująca w korytarzu podziemnej kolejki. W automacie kupujemy bilet, czując na plecach nie jeden wzrok, a nawet oddech z wyziewami promili. Nasz zakupiony przed chwilą bilet, zanim ruchome schody zwiozą nas w dół, zostaje jeszcze sprawdzony przez kontrolerów. Nie system sprawdzania biletów najbardziej nas dziwi ale równie mroczne, zmęczone życiem oczy tych, którzy poddają nasze uprawnienie do przemieszczania się metrem kontroli. Gdyby nie zielone kamizelki i stojąca postawa ciała, można by źle ocenić ich status.

W ten ponury obraz wkomponowuje się ociężały, siermiężny skład niebieskiej linii metra, wypadający z hukiem z podziemnego tunelu. Świst i żęchot leciwych już wagonów nadaje mu niepowtarzalnego ale ciężkiego charakteru.

mkną wagony niebieskiej linii budapesztańskiego metra

Jest już wieczór i zanim metrem docieramy w tętniące życiem serce Budapesztu, robi się ciemno. Podobnie, jak w każdej ze stolic nie mamy przewodnika w ręku, a jesteśmy wodzeni urokiem, zapachem, smakiem.

Jest gwarno i tłumnie. Knajpki pękają w szwach, a do Kebaba ustawia się długa kolejka. Pozostawiamy te gwarne uliczki za sobą spacerując pomiędzy dostojnymi budynkami m.in. Bazyliki Świętego Stefana, Opery Węgierskiej i Parlamentu.

Budapeszt to bez wątpienia jedna z najpiękniejszych stolic Europy, która urzeka swym położeniem i architekturą. Naszym oczom nie uchodzi większość miejsc z listy „Top 10 Budapesztu”  wszelakich poradników. A jednak nie docieramy wszędzie pozostawiając nieodkryte przed niektórymi z nas, choćby Górę Gellerta czy Baszty Rybackie.

Hulający między Budą a Pesztem wiatr dość szybko zagania nas z powrotem do ciepłego pokoju. Ci, którzy gęsto rozsiani są po ciemnych zaułkach kamienic, parkowych zagajników, podziemnych przejściach i stacji metra, mogą liczyć tylko na skrawki kartonów i swoje towarzystwo. Ten widok wrysowuje się w pamięć jeszcze kolejnego dnia, kiedy światło dnia nie zmienia perspektywy widzenia. Zaskakujące ale rower, który poniósł nas nieco dalej niż tylko do miejsc z turystycznych informatorów, odkrył ciemniejszą stronę stolicy Węgier. Eksponowane na widok publiczny piękno, kryje w swym cieniu wiele tajemnic. Choć te łatwo zgłębić, zatapiając się w szarych ulicach codzienności.

Most Wolności

Codzienność… Czas wracać do swojej. Urlop się kończy, wakacyjne plany zrealizowane. Jeszcze tylko zdejmiemy koła, owiniemy stretch folią rowery, wsiądziemy do autokaru i wrócimy do Polski.

Wiatru w plecy!

Basia.

 

 

 

 

 

 

 

1 Comment

  • Rose 9 kwietnia 2017 at 09:02

    Jejku jak pięknie…

    Reply

Dodaj komentarz