Znad Dunaju nad Balaton. Wyprawowy skok w bok

Dnia pańskiego 07.08.2016 zasypiamy bez planu. Dnia 08.08.2016 budzimy się bez planu. Codzienny rytuał porannej krzątaniny nic nie wnosi poza treściwym śniadaniem. Nie spieszymy się specjalnie, jakbyśmy mieli przed sobą niezliczone dni na tą rowerową pielgrzymkę (dla niewtajemniczonych ta podróż zaczęła się w Pradze, by potem podążać z ziemi czeskiej do niemieckiej, dalej wzdłuż Dunaju,  by doprowadzić na do tego miejsca). Z wielką niewiadomą X w głowach opuszczamy camping nad jeziorem Zlaté piesky i z nieco odległej dzielnicy kierujemy nasze koła do centrum Bratysławy. A nóż coś się w głowie po drodze urodzi.
Urodziło się tyle, by zajrzeć na dworzec kolejowy. Zaglądamy i już po kilkunastu minutach mamy bilety w ręku na pociąg relacji Praga – Budapeszt. Po kilkudziesięciu minutach siedzimy w wygodnym przedziale, a nasze rowery w nie mniej wygodnym przedziale tuż obok.

W oczekiwaniu na pociąg do Budapesztu

W przedziale kolei czeskich (České dráhy)

Po około dwóch godzinach jesteśmy w Budapeszcie na dworcu Keleti. Teraz już wiemy, że kolejnym miejscem na mapie naszych wakacji będzie Balaton. Próba zakupu biletu w automacie kończy się niepowodzeniem, bo pojawiająca się cena jest dla nas zaporowa. Bariera językowa nie ułatwia nam kontaktu ale w końcu udaje się dogadać z „pomagaczem” zagubionych wędrowców na węgierskiej kolei i już wiemy, że na regionalne pociągi trzeba przetransportować się na inny dworzec.

Dworzec kolejowy Keleti. Budapeszt

Budynek dworca Keleti

Węgry witają na upałem. Na samą myśl o grzaniu dupska, sączeniu tokaja zakąsanego soczystym arbuzem i leżakowania nad Balatonem już zacieramy ręce. Zbieramy więc majdan i za wskazówkami madziarskiego brata jedziemy z dworca Keleti na dworzec Kelenföld. Przejazd wcale nie jet łatwy w budapesztańskiej aglomeracji. Brak ścieżek rowerowych i ogromny ruch samochodowy powodują, że wybieram chodnik. Tu z kolei co rusz trafiamy na przejścia podziemne, które fundują nam jedynie schody. Nawet rynienek na koła brak :/ W końcu docieramy na nasz dworzec. Budynek nie odstrasza luksusem a wręcz przeciwnie straszy wyglądem.

Madziarzy zdają się być jednak gościnni, bo już po kilku minutach obecności w ich kraju ktoś krzyczy do nas łamaną polszczyzną przyjazne „Polak-Węgier dwa bratanki…”.  Jak pierwsze wrażenie dworca wprowadza na w stan grozy, tak druga jego odsłona sprawia, że zbieramy szczęki z podłogi. Wygodna winda zwozi nas na dół. W podziemnych przejściach jest bardzo przyjemnie, nowocześnie, czysto i schludnieNa stacji Kelenföld dworcowy „pomagacz” (może powinnam napisać steward) szybko wskazuje nam, na który peron powinniśmy się udać i w którym miejscu nasz pociąg zatrzyma wagon rowerowy. Potem jeszcze pomaga wtargać nasze rowery do wagonu. Takie rzeczy!  Na peron wjeżdża pociąg Balaton Expressz i znowu lądujemy w dość wygodnym przedziale rowerowym. Kierując się nie wiadomo jakim kluczem, na miejsce wysiadki wybieramy Zamárdi.

Schodzące nisko słońce i gorące powietrze napawa na optymizmem i energią. Pędzimy więc nad brzeg Balatonu i snujemy opowieści i wyobrażenia o tym, jak spędzimy na labie nasze najbliższe dni.

Na noclegu lądujemy w jednym z okolicznych pól namiotowych, za które przychodzi nam zapłacić więcej niż na campingach Austrii. Na szczęście tokaj jest tu tańszy niż woda mineralna w Czechach. Postanawiamy nie zaprzepaszczać tej cenowej okazji  🙂

wieczór nad jeziorem przy tokaju

Nowy dzień wita nas nie mniejszym słońcem i nie mniejszym wcale upałem. Miał być smażing i plażing. Nie wiem jednak czy rower uzależnia, czy miłość do niego dodaje skrzydeł, a może to chęć odkrywania nieznanego sprawia, że zamiast z kocykiem na plażę, ruszamy przed siebie z zamiarem objechania Balatonu dookoła. Żar leje z nieba, a my kręcimy do przodu otuleni delikatnym powiewem wiatru znad jeziora. Trasa rowerowa wokół Balatonu prowadzi nas drogami lokalnymi o małym natężeniu ruchu a niekiedy dość wygodną ścieżką rowerową. Niektóre miejscowości tętnią turystycznym życiem, inne zdają się być wymarłymi osadami. I tylko opuszczone ośrodki wypoczynkowe wskazują, że Balaton przeżywał kiedyś swój czas świetności. Nie spieszymy się nadto co rusz robiąc przerwy na nasiadówkę przy tokaju. Skoro jest tańszy niż jogurt, to wybór jest oczywisty 😉

Kiedy wieczorem 09.08.2016 docieramy do Keszthely leżącego na północno-zachodniej stronie jeziora, subtelny wietrzyk przeobraża się w porywisty wiatr, a słońce przekryte jest już dywanem grafitowo-stalowych chmur. Po raz pierwszy podczas wyjazdu sprawdzam prognozę pogody i już wiem, że wygrzewanie ciał w gorących promieniach słońca odeszło właśnie w zapomnienie. Jestem wściekła sama na siebie, bo jedyne co zanurzyłam w wodach Balatonu to stopy. By nie pozostać tylko i wyłącznie w nierozerwalnym związku z rowerem, na wieczorną eksplorację miasteczka wybieramy przechadzkę.

załapujemy się na koncert

pochłaniamy langosze

i pewnie pijemy tokaja przechadzając się po promenadzie 🙂

Wzburzone wody jeziora, nisko zawieszone chmury i wyciągnięta z sakwy najcieplejsza bluza na sobie nie zwiastują nic dobrego. Wiemy już, że to ostatnie spojrzenie na Balaton. Nie będzie słońca, nie będzie kąpieli, nie będzie błogiego relaksu.
Rano budzimy się pod kopułą nisko zawieszonych chmur, z których po kilkudziesięciu minutach zaczyna lać deszcz. Na szczęście zdążyliśmy złożyć namiot i spakować sakwy. Zapada decyzja. Nie moja, ale demokratyczna. Dalsza nasza obecność tutaj nie ma już sensu. Bez żadnych problemów w organizacji zakupu biletu i miejscówek na rowery, choć wszyscy zdaje się stąd uciekają, wsiadamy w pociąg do Budapesztu.

Czekając na pociąg powrotny w Keszthely

Jak widać wszyscy uciekają w popłochu

Czy warto przyjechać nad Balaton? Dla rowerzysty podróżnika każdy kierunek jest dobry. Mnie jednak Balaton nie zachwycił.  Wygląda on znacznie bardziej kusząco z odległej perspektywy, jako tafla turkusu wciśnięta gdzieś pomiędzy wzgórza. Gdy już  tu jesteś ten czar gdzieś pryska, a wzgórza też jakby się rozmyły. Może północna część jest ciekawsza. Tam brzeg jest różnorodny a teren więcej górzysty. Bez wątpienia brzeg południowy cechuje ciepła woda, dużo piasku i dość szeroki pas płycizny. Znajdziemy tu tętniące życiem miejscowości ale także ciche spokojne oazy. Są też ośrodki dla nudystów, gdzie nieopatrznie zapytaliśmy o nocleg. Nie wiem, czy bardziej zdziwiony był Pan w recepcji czy my, kiedy zakumaliśmy o co chodzi 😀  I jeszcze rzecz jedna. Węgry są drogie. Ceny żywności są wyższe niż w Polsce i co nas zadziwiło, nad Balatonem za camping płaciliśmy więcej niż w Austrii.

Więcej o kosztach podróży pojawi się wkrótce.
Najbliższą odsłoną zaś zakończymy naddunajską wyprawę.

C.D.N.

5 komentarzy

  • podróże ku naturze 13 marca 2017 at 00:16

    Byłem dwukrotnie rowerem na Węgrzech, najmilej wspominam Góry Bukowe i przełom Dunaju na północ od Budapesztu. Można pojechać wzdłuż rzeki, można też szosą przez pagóry w kierunku Esztergom. A Balaton – na wypad z Tokajem w tle… Jak najbardziej! 😉

    Reply
    • rowerowy kRaj 13 marca 2017 at 12:40

      Teraz to mówisz? Choć przyznam, że Tokaj nad wodami Balatonu smakował wybornie ☺ W końcu nie samym pedałowaniem człowiek żyje 😉

      Reply
  • Magda i Mateusz 24 marca 2017 at 10:46

    Wow, Wasze wyprawy są godne pozazdroszczenia – my się na razie ograniczamy do Polski, a raz był skok w bok – na Parenzanę 🙂

    Reply
    • rowerowy kRaj 26 marca 2017 at 20:25

      No co Wy! My to takie małe pyrtki, tyci tyci w świecie podróży. A Polska jest piękna więc nie ma co zazdrościć a cieszyć, że tyle jeszcze nieodkrytego do odkrycia ☺ Odkrywajcie więc i inspirujcie innych 😉

      Reply
  • W Duecie po Świecie / They on the Way 27 marca 2017 at 20:26

    Potwierdzamy, że Węgry nie są zbyt tanie. Z tymi kempingami to najwyraźniej nie tylko przy Balatonie. W środkowych i północnych Węgrzech mieliśmy podobne doświadczenia (zwłaszcza przy szlaku nad Dunajem). Ale langosze pychota, ludzie przyjaźni, połacie słoneczników i język zupełnie do niczego niepodobny 😀

    Reply

Dodaj komentarz