Beskid Wyspowy. Śnieżnica i Ćwilin zimą

Kto z Was wędrował szlakami Beskidu Wyspowego ten wie, że wysokość i trudność nie idą w parze. Wiodące prym szczyty Beskidu Wyspowego sięgają wysokości pomiędzy 900 a 1000 m n.p.m. Najwyższy zaś – Mogielica szczyci się pułapem 1170 m n.p.m. Beskid Wyspowy charakteryzuje jednak coś, czego brak innym pasmom górskim w Polsce. Każdy szczyt bowiem jest tutaj odosobniony, samotny jak wyspy porozrzucane po wodach mórz i oceanów. Taki układ wzniesień był przyczynkiem do nadania nazwy Wyspowego tej części Beskidów.


 

Beskid Wyspowy. Wysokość ≠ trudność

 

Mierna wysokość wzgórz Beskidu Wyspowego nie stanowi zaś o prostym i szybkim zdobyciu wierzchołka. Wręcz przeciwnie. Podejścia należą raczej do stromych i trudnych. Można złapać zadyszkę już po kilkudziesięciu metrach marszu w górę. Po triumfalnym zameldowaniu się na wysokościach, nie będziemy cieszyć się zaś wielogodzinną wędrówką długimi pasmami, a musimy pomyśleć o rychłym zejściu w dół. Jeśli chcemy zaliczyć więcej niż jeden szczyt podczas jednego dnia wędrówki, liczmy się z tym, że trzeba będzie się natyrać. Konia z rzędem temu kto się połakomi na  trzy szczyty i nie opadnie z sił. A nawet jeśli taki się znajdzie, to pokonany dystans zapewne wyciśnie z niego więcej niż taki sam dystans, w każdej innej części Beskidów.

Bezludne szlaki na bezludnych wyspach

Beskid Wyspowy ma coś, co raczej przypadnie do gustu przeciwnikom zgiełku, hałasu i komercji. Niestety za tym także idzie w parze niewielka ilość schronisk i mało rozwinięta agroturystyka. To, w połączeniu z odosobnionymi szczytami, stanowi trudność w zaplanowaniu wędrówki. Chyba, że zdecydujemy się zostać na noc pod chmurką, gdzieś na jednej z bezludnych wysp.

Niewiele mi brakowało, aby z przymusu zostać pod chmurką w jeden z zimowych weekendów w Beskidzie Wyspowym. Obolałe ciało nie chciało już wykonywać kroku naprzód. Zmęczony umysł rysował obraz kopania jamy. Dziesięciogodzinna wędrówka (10h!) po nieprzetartych szlakach pokrytych kilkudziesięciocentymetrową warstwą mokrego śniegu, usłanych zwalonymi drzewami wybiła mi z głowy góry. Na jak długo? Zobaczcie sami.


 

Beskid Wyspowy. Śnieżnica i Ćwilin

 

Beskid Wyspowy upodobałam sobie już wtedy, gdy byłam tu po raz pierwszy zdobywając Mogielicę. Moja dusza włóczykija po trzech tygodniach przerwy w łazikowaniu, nie pozwoliła dłużej czekać. Gotowa do działania zaczęłam w mojej głowie układać plan na dwa dni włóczęgi po górach. Dwa dni to niewiele, choć właściwie tyyyyyyyle może się zdarzyć. Więc czemu by kilkugodzinne leżenie na kanapie miało być bardziej istotne?

Pogody były optymistyczne, choć dodatnia temperatura nie sprzyjała wędrówce gdyż w wyższych partiach gór zalegała metrowa warstwa śniegu. Mimo to zapadła decyzja. Jedziemy w Beskid Wyspowy do Justyny Kowalczyk. Choć właściwie tylko do miejscowości, z której ta pierwsza pochodzi – Kasiny Wielkiej.

Jeszcze tydzień wcześniej fejsbuki i instagramy zalewała fala zdjęć pięknych, białych, śnieżnych gór. Nawet zwykłe drzewa tyle, że w cudnej zimowej scenerii, stały się odgrywającymi role pierwsze planowane spychając słodkie selfie na drugie miejsce. Jakież było moje rozczarowanie, gdy mijane kolejno po drodze miejscowości nie przypominały w żaden sposób zimy?

Cały biały puch otulający nie tak dawno igliwia i gałęzie drzew opadł na glebę, zalegając wysoką warstwą pomiędzy pniami drzew.

 

MAPA TRASY

 

 

Z Kasiny Wielkiej na Śnieżnicę

Na niebieskim szlaku

 

Plan dnia zakładał wędrówkę niebieskim szlakiem na Śnieżnicę, zejście do przełęczy Gruszowiec, wejście na Ćwilin i zejście żółtym szlakiem do Mszany Dolnej. Mapa pokazuje 16 km. Wędrówkę zaczynamy dość późno, jak na krótki dzień, bo o 11.30.

Odnalezienie niebieskiego szlaku w granicach Kasiny Wielkiej jest początkiem zimowej przygody w Beskidzie Wyspowym.

Idąc w górę odwracamy głowy. Za plecami pozostają zabudowania Kasiny Wielkiej nad którą góruje Lubogoszcz (po lewej).

Przeglądając mapę wędrówki i rozglądając się na żywo w terenie, przez głowę przebiega myśl, że szlak będzie prowadził stokiem narciarskim. Myśl nie zawiodła, a oznakowanie szlaku zwiodło nas wprost do podnóża stoku. Nie będziemy najlepszym towarzystwem dla szusujących tu narciarzy, ale rzeczywistość nie daje nam wyboru. Dziwi jedynie fakt, że człowiek z dyżurki GOPR przekonuje nas, że nie ma tutaj żadnego niebieskiego szlaku i daje dobrą radę, by wjechać na górę wyciągiem za bagatela 18 PLN.

Wujek dobra rada nie został chyba usatysfakcjonowany, gdy patrzył na nasze sylwetki wdrapujące się granicą stoku w górę. Wbrew przewidywaniom GOPR-owca narciarze nas nie rozjeżdżają, a my widniejące na drzewach oznakowanie niebieskiego szlaku dowodzi, że istnieje on nie tylko w wirtualnym świecie map.

niebieski szlak z Kasiny Wielkiej na Śnieżnicę w większości prowadzi stokiem narciarskim

 

Stacja kolejki Pod Śnieżnicą

 

Osiągamy pułap stacji kolejki i kontynuujemy wędrówkę niebieskim szlakiem, który ścieżyną wprowadza nas w piękny jodłowy las. Tegoroczna zima zafundowała śniegu co nie miara. Już po pierwszych kilku metrach ląduje po kolana w zaspach. Idzie się ciężko, o czym nie daje zapomnieć łapiąca mnie zadyszka.

Ze stoku narciarskiego wkraczamy wreszcie do lasu

Osiągamy wysokość 999 m n.p.m. i na rozstaju szlaków niebieskiego z zielonym obieramy kierunek tego ostatniego, by zdobyć zalesiony szczyt Śnieżnicy (1006 m n.p.m). To zaledwie kilkadziesiąt metrów odbicia w bok z niebieskiego szlaku, więc szkoda byłoby odpuścić.

Krzyż na wierzchołku Śnieżnicy

 

Śnieżnica – Gruszowiec

 

Kontynuujemy wycieczkę niebieskim szlakiem rozpoczynając wędrówkę w dół. Dość wyraźne ślady świadczące o bytowaniu w tych stronach innych turystów, zacierają się. Topimy się w mokrym śniegu, zapadając się raz po raz do wysokości kolan, albo i wyżej. Humory dopisują, a wigoru  dodaje przedzierające się pomiędzy drzewami słońce. Mimo to, nogi odczuwają ulgę, gdy wchodzimy na odśnieżoną drogę.

 

 

Przełęcz Gruszowiec – Ćwilin

 

Jest kilka minut po 15-ej, kiedy zaczynamy podejście na Ćwilin. Wydeptana ścieżka rozmywa niedogodność i trud stromego podejścia. Każdy kolejne 100 metrów w górę to kilka centymetrów śniegu więcej. Każde kilka centymetrów śniegu więcej, to więcej zwalonych drzew. Więcej zwalonych drzew, to wydłużona o kolejne minuty wędrówka.

Gdy docieramy na szczyt, po słońcu pozostaje jedynie struga pomarańczowej poświaty. Otwarta przestrzeń wierzchołka daje pole do manewru wiatrom, które smagają twarz i skutecznie zacierają ledwo widoczne ślady innych. Na szczycie śnieg jeszcze się trzyma. Z trudem odnajdujemy oznakowanie żółtego szlaku. Wspomagamy się aplikacją. Zmrok szybko nadchodzi, ale nadzieję na szybki powrót do cywilizacji daje roziskrzone światło widniejącego w dole miasta.

 

Jeszcze nie osiągnęliśmy szczytu Ćwilina, a zmrok już depcze nam po piętach

Odnajdujemy żółty szlak w kierunku Mszany Dolnej

Zdaje się, że zejście do Mszany Dolnej zajmie nam niewiele czasu. Przecież światła lamp są wyraźnie widoczne, a w oddali słychać warkot aut. W końcu to już tylko wędrówka w dół. Możemy trochę przyspieszyć kroku, a nawet nieco zbiec.


 

Beskid Wyspowy nocą. Ciemna strona zimowych wędrówek

 

Ćwilin – Mszana Dolna

Na żółtym szlaku

 

Już  po kilkudziesięciu metrach okazuje się, że łatwo nie będzie. Szlak nie jest przetarty. Brodzimy w mokrym śniegu, a każdy krok i wyciąganie spod niego nóg, to podwójny wysiłek. Nadzieję na lepsze daje ściana lasu. Las jednak okazuje się jeszcze większą pułapką.

Zaczynamy walkę o przetrwanie, choć jeszcze o tym nie wiemy. Zapada zmrok.

Zabawa nie na żarty

Pierwszych kilka powalonych pod naporem śniegu drzew omijamy jeszcze z uśmiechem na twarzy. Naszą radochę z zapadania się po pas w śniegu, czołgania pod gałęziami i omijania kolejnych przeszkód można by porównać do radości dziecka z sali zabaw pełnej miękkich kulek. Tyle, że nas rodzice nie zabiorą bezpiecznie do domu, gdy znudzi nam się zabawa. Miękkie kule suchego basenu mają także mało wspólnego z mokrym śniegiem, który po całodniowym kontakcie ze naszymi butami mocno je napoił.

Od zabawy po bitwę

 

Mijają godziny, a powalonym drzewom nie ma końca. Zabawa przeobraża się w bitwę. Najpierw ciało bije się z głową, która jeszcze ma nad nim przewagę. Obniżamy wysokość, dolatuje do nas szczekanie psów, a my jakbyśmy zatrzymali się w miejscu. Spoglądamy na aplikację. Pokonaliśmy dopiero 1/3 drogi z Ćwilina do Mszany. Cały czas przez góry. Cały czas w lesie. Cały czas w mokrym śniegu. Cały czas w ciemności. Na szczęście aura sprzyja, powietrze stoi w miejscu, a temperatura nie daje nam zmarznąć.

Głowa zaczyna bić się z ciałem. Przestajemy rozmawiać. Dostrzegam, że z każdym kilometrem spowalniamy kroku. Chyba zeszliśmy już ze zbocza Ćwilina, ale teraz musimy znowu podchodzić nieco w górę. Na szczęście śniegu jest tu znacznie mniej, nie ma powalonych drzew, ale za to jest mocno podmokły teren i trzeba ważyć każdy krok, by nie utonąć w błocie. Jeden utopiony but wystarczy.

Każdy skrawek podłoża bez śniegu jest ulgą dla zmęczonych nóg. Niestety ciemne plamy przeplatają się z białymi, jak na szachownicy. Na otwartej przestrzeni polan, w świetle czołówek widać tylko ślady i tropy zwierzyny.

Docieramy do Czarnego Działu, gdzie robimy przerwę. Wyjadamy resztki prowiantu by dodać sobie energii na dalszą wędrówkę. Z każdym kilometrem poimy głowy nadzieją, że najgorsze mamy za sobą. I chyba właściwie tak jest. Choć teraz doskwiera nam już zmęczenie, wilgoć w butach i wszechogarniająca ciemność.

Jeszcze tylko szerokim łukiem ominąć Grunwald (624 m n.p.m), przeskoczyć nad rowem z cieknącym roztopem i wreszcie poczuć grunt bez białego gówna pod nogami. Niczym są już ostatnie 2 kilometry pokonane odśnieżonymi chodnikami miasta. Zresztą… w miastach już nie ma śniegu. I pomyśleć, że niespełna 12 godzin temu rozpaczałam z tego powodu.

C.D.N

Pogodnych wędrówek!

Basia.

4 komentarze

  • Maciej 25 lutego 2019 at 22:14

    I myśl zabójcza niczym pistolety
    było uzbroić się w śnieżne rakiety
    😉
    A tak na serio. Wyspowy jest wspaniały ale ma swoją specyfikę, stosunkowo duże zalesienie i ekspozycja na północ powoduje że śnieg zalega tu długo i jest zazwyczaj kopny, w sumie to lepiej niż zlodowaciała warstwa na południowych stokach skrywająca miękkie wnętrze w które łatwo się zapaść.
    W każdym razie fajna przygoda.

    Reply
    • rowerowy kRaj 4 marca 2019 at 17:58

      Jeśli zechcesz swoje oddać ubogim, chętnie się uzbroję 😉 Póki co, wolę zainwestować w rakietki do badmintona 😄
      A praktyczny punkt odniesienia, bardzo mnie się podoba. Tylko, że ja na żywioł idę. Bez analizy, z której strony słońce świeci 😜

      Reply
      • Maciej 11 marca 2019 at 22:05

        W sumie, jak by pokombinował ze sznurówkami to rakiety do badmintona powinny się sprawdzić także jako te śnieżne… jak tylko spadnie śnieg, to przetestuję rozwiązanie.

        Reply
  • Jakub 4 marca 2019 at 14:54

    Piękne krajobrazy! Marzy mi się wyjechać gdzieś dalej z rowerem i zobaczyć to wszystko na własne oczy 😀

    Reply

Nasunęła Ci się jakaś myśl? Podziel się nią tutaj :)