Ekstremalny bieg Hunt Run. Czy warto być dzikiem i nurzać się w błocie?

Lubię wyzwania. Lubię zabawę i niekoniecznie taką z alkoholem. I choć marzy mi się lot szybowcem czy też skok ze spadochronem , to nie mniej pragnę szczenięcych harcy. Bo im szybciej spadają kolejne karty kalendarza, tym więcej we mnie z dzieciaka.  Takiego, który zimą zjeżdża na workach wypchanym sianem, latem biega za latawcem. Gdy wiosenny  deszcz nadchodzi, tańczy boso w wodach kałuż, a nad ranem gołą stopą trąca krople rosy.  Kiedy jesień płacze deszczem, on nie płacze, a ponury świat ubarwia kolorową kredką.

No dobrze! Dość tych ckliwości! Dzieciak, dzieciakiem. Ale żeby w dorosłym życiu taplać się w błocie??? Czy Jan Brzechwa prorokował nam, dorosłym pisząc Kto z kim przestaje?

Kto z kim przestaje, takim się staje-
Na pewno znacie te obyczaje?…

O biegach ekstremalnych słyszeliście pewnie nie raz. Runmageddon, Bieg Katorżnika, Bieg Rzeźnika, Bieg Centuriona, Herosa, Spartakus, Tygrysa… i wiele, wiele innych.  Zapewne znajdzie się wśród Was i taki, który pokonywał przeszkody w postaci rzek, błota, chaszczy, wąwozów, zasiek itd., itp. w jednym z dziesiątek organizowanych w Polsce ( a może i poza nią) biegów ekstremalnych.

Miałam cholerną ochotę spróbować tego na własnej skórze. Korciło mnie i wierciło w środku. Tym bardziej, że mam pod nosem organizowany od 2013 roku na ternie Jura Parku w Bałtowie ekstremalny  bieg z przeszkodami Hunt Run. Brakowało jednak odwagi. Brakowało wiary w siebie. W końcu ja przecież na co dzień NIE  BIEGAM!

Jak mogłabym zatem przebiec 6 km z przeszkodami? Nie dawałam wiary, że można. Z drugiej jednak strony byłam przekonana, że JESTEM W STANIE TO ZROBIĆ! Brakowało tylko jednego. Zapalnika. Tego, który powiedziałby „Zróbmy to razem! Pobiegnijmy, dobrze się bawmy, nie zważając na to czy na metę wrócimy ostatni.”

I co? Bzdura. Wielka bzdura! Wiecie dlaczego? Bo zapalnik przyszedł do mnie. Spadł mi, jak z nieba. Dobra dusza, znajomy, rowerowy przyjaciel. Wiedziałam, że mnie nie utopi w bagnie ani nie zostawi insektom na pożarcie. A ja dałam ciała. Odmówiłam. Wyraziłam niewyraźne „nie”. Niewyraźne ale jednak „nie”.

Nie pobiegnę, to nie dla mnie.

Oszustwo! Kłamstwo i wymówka! Bo nie przeraził mnie tak sam bieg, jak kwota, którą należało za udział w nim zapłacić. 180 złotych za nurzanie się w błocie? Nie łyknęłam tego. Mój budżet mocno ograniczony przechylił szalę na stronę rowerowych wojaży.

Oj gryzłam się wewnętrznie. Żałowałam tej pożałowanej kasy. Ale lista startowa została zamknięta.

I nagle buch! Nie tylko odpalony zapalnik ale wybuch euforii. Niespodzianie, na kilka dni przed biegiem, otworzyły się przede mną drzwi szansy. Propozycja nie do odrzucenia! Udział i start bez ponoszenia kosztów własnych. Poza tymi związanymi z wysiłkiem, się sfloganiem, zdezelowanymi ciuchami i milionem emocji  oraz fizycznych bóli własnego ciała.

Po drodze udało mi się jeszcze namówić koleżankę i już nie było odwrotu. Propozycja przyjęta!

S-T-A-R-T-U-J-E-M-Y!!!

Na początek nie obyło się bez wizyty w ciucholandzie, by zakupić odpowiednie (czyt. do zajechania) fatałaszki. Buty, koszulka, coś, z czego zrobi się ochraniacze na łokcie i kolana. Spodenki i rękawiczki na wyposażeniu i lecimy! Dzika przygoda wzywa!

HUNT RUN
BIEG NIE TYLKO DLA STARYCH WYJADACZY

HUNT RUN. BIEG NIE TYLKO DLA STARYCH WYJADACZY

Już na wejściu strach wymieszał się z dziką radością. Tłum uśmiechniętych ludzi, świetna obsługa przy odbiorze pakietów startowych i setki rozradowanych twarzy. Tych, którzy zakończyli bieg i tych, którzy na start czekali. Niepewność mieszała się z podnieceniem, strach z wyzwaniem i radość z przerażeniem. Startowaliśmy na krótszym dystansie (6 km) w jednej z ostatnich fal. Na szczęście siąpiący deszcz ustąpił. Chwila zawahania przyszła, ale byliśmy we troje. Ja, koleżanka i zapalnik, który co prawda z opóźnieniem, ale odpalił. Nie było więc odwrotu. Odliczanie ruszyło i już po chwili biegliśmy w dzikim tłumie.

Tuż za startem. Pierwsze spotkanie z zimną wodą.

poza świetnie przygotowaną trasą, dookoła piękny krajobraz

Dzikość serca wylazła do wierzchu już po pierwszych krokach brodzenia po wodzie. Uśmiech cisnął się na usta, a energia zstąpiła na człowieka nie wiadomo skąd. Może to zasługa dzikiej armii? Powiązana jednym celem wataha goniła do przodu emitując niewidzialną moc, która spływała na każdego uczestnika.

Dopiero co w wodzie, po chwili już w okopach, by następnie biegi [1] plątały się pomiędzy porozrzucanymi w chaosie oponami. Czołganie w ciemnych norach, wspinaczka na piaskowiec, i zbieganie lessowym wąwozem. Gdy dzik wyrównał oddech wyrósł przed nim narciarski stok. Zamiast łapać orczykowy talerz, trzeba było chwycić oponę pod pachę i zaiwaniać na szczyt.

Pamiętam ten moment. Tą chwilę, kiedy zadowolona z dotychczasowego obrotu sprawy cisnęłam tą oponą i ociekałam szczęściem. Wydałam dziki okrzyk i chciałam więcej. A tego było jeszcze bez liku.

…Bocian po deszczu człapał piechotą,
bo lubi nogi zanurzać w błoto.

Świnia podobne miewa słabostki
I chętnie w błoto włazi po kostki.

Bocian odwiedzał świnię z ochotą.
Plaskał i mlaskał: „Błoto jak złoto!”.

Babrzysko [2] okalane drutem kolczastym, co by podczas kąpieli dziki tyłka nie unosiły wyżej niż głowy. Strome podejścia i zejścia, gdzie mogłeś liczyc tylko na linę albo własne poślady. Wysokie przeszkody, nad które inni unosili obce poślady, gdy te samoistnie się nie uniosły. I to, co przerażało najbardziej. Paskudne, obslizłe, mętne jak zupa w kranie bagno! W gratisie z tym, co w nim żyje.

…Ona do niego szła przy sobocie,
Żeby jej pomógł nurzać się w błocie.

Mierziło mnie na samą myśl o tym, że mam stanąć w tym syfie. Gdyby to jeszcze było do kolan, no powiedzmy do ud nawet! Ale świadomość, że bagienne wody otoczą każdy zakamarek mojego ciała, który znajduje się poniżej linii biustu było nie do ogarnięcia przez zwoje mojego mózgu.
Otrzepałam się tylko i dzięki wsparciu towarzyszących mi osób wlazłam w to cuś! Koleżanka była lepsza, bo od razu noga wpadł jej w jakieś dziursko i pacnęła całym ciałem na taflę bagienno-syfiennej mazi. Szybko oswoiłam się z sytuacją i choć w głowie roiło się od czarnych myśli, to przetrwałam ten etap. Żadne ohydne żyjątko, przynajmniej to widoczne gołym okiem, nie pełzało po ciele i nie skryło się w jego sekretnych zakamarkach czy też chwostach [3].

Gdy noga stanęła na suchym lądzie obeszło się bez czochrania [4], a ja poczułam ulgę i dumę. ZROBIŁAM TO, na co nigdy nie odważyłabym się w pojedynkę. To się chyba zwie psychologia tłumu. W imprezie, jaką jest Hunt Run tłum przybiera dodatkowo formę dzikości, a identyfikacja z dzikami staje się czymś naturalnym i niewymuszonym. I mimo, że do tego etapu wataha mocno się już rozpierzchła, to w powietrzu cały czas wisiała jej energia dyktująca ten sam cel wszystkim wprawionym w ekstremalnych biegach odyńcom [5], obytym w nich wycinkom [6], sprawnym przelatkom [7] i takim niedoświadczonym warchlakom [8] , jak my.

…Kwiczała: „Dzięki, dzięki stokrotne,
bardzo mi służą kąpiele błotne!”

Po błotnistej kąpieli przyszedł czas na ocieranie błota w nieco czystszych wodach rzeki Kamiennej. Czy dziki potrafią pływać? Biorąc pod uwagę sytuację z Karwi, kiedy dzik wyłonił się z morza, pewnie tak! Ale od każdej reguły są wyjątki , a ułomność doświadcza każdego gatunku.
Ja, niepełnosprytny dzik w sferze pływackich umiejętności, poradziłam sobie i z tym wyzwaniem. Organizatorzy już zadbali o to, by warchlaki się nie potopiły 😛

powaga zachowana, bo nie chciałabym wpaść w to zielone pod pniami 😛

…Tak spotykali się wciąż na zmianę
Bocian ze świnią, świnia z bocianem.

Lecz minął okres pierwszych uniesień,
Powiało chłodem, nastała jesień
I bocian starym swoim zwyczajem
Właśnie zamierzał rozstać się z krajem.

Bieg zbliżał się ku końcowi. Jeszcze tylko oczko wodne, jeszcze tylko kicnąć przez jedną przeszkodę i przekroczyć próg bramki mety. Niesamowite uczucie i ogromna radość. Uśmiech na ryjach i wyszczerzone ze szczęścia do wierzchu oręże, szable i haki (*dzikie kły). Dziki tłum zalegał na trawie niczym w barłogu [9].

nasza dzika ekipa 🙂

sflogani, ale szczęśliwi

Sflogani, pełni euforii i radości pognaliśmy do specjalnie przygotowanej strefy łaźni.

…Wtem wpadła świnia zirytowana.
„To w błocie byłam dobra dla pana?
W błocie, w kałuży i nawet w bagnie,
A teraz pan mnie porzucić pragnie?
Niech pan pomyśli: co pan wyczynia?”

Odrzecze bocian: „Wiem, jestem świnia!”

Lodowata woda ostudziła nieco gorące emocje. Regeneracyjny posiłek i zimne piwo odebrały resztki sił ale ekscytacja nie pozwalała zasnąć. Nie pozwalała też odczuwać bólu, który przez kolejnych kilka dni towarzyszył przy każdym najmniejszym wysiłku mięśni. BOLAŁO każdorazowe wstanie z krzesła i ponowne na nim posadzenie zada. Bolało chodzenie po schodach. Bolało chodzenie. Bolało czesanie łba i wszystko bolało!!!

Czy zatem być dzikiem w armii Hunt Run jest warto?

Bez najmniejszego zastanowienia odpowiem

TAK. JEST WARTO!!!

Jest warto przełamać schematy, pokonać lęk i słabości, przekroczyć utarte granice. Jest warto odkryć w sobie siłę, poznać niesamowitych ludzi, zassać moc energii. Jest warto dla wspaniałych chwil, niesamowitej przygody i magicznych wspomnień. I najważniejsze dla mnie! Młodego warchlaka w imprezie, ale nie najmłodszej już wiekiem lochy [10].

JEST WARTO W NIEWIADOMYM DYSTANSIE NASZEGO ŻYCIA, CHOĆ PRZEZ 6 KM POCZUĆ SIĘ JAK DZIECKO!
Nawet jeśli wartość tej chwili skalkulowano na  180 złotych 😉

Ten tekst dedykuję wszystkim, którzy przyłożyli swoje rapcie [11] do tego, że zostałam #najdziksza

#najdziksza

„Kto z kim przestaje, takim się staje.”
Rzekł {bocian} i odleciał w dalekie kraje.

 

Z dzikim pozdrowieniem

Basia.


objaśnienia:

[1] biegi – nogi dzika
[2] babrzysko – miejsce kąpieli dzików
[3] chwosty – pęk długich włosów na końcu ogona dzika
[4] czochranie – pozbywanie się pasożytów poprzez wycieranie o drzewa
[5] odyniec – samiec dzika powyżej czwartego roku życia
[6] wycinek – dzik samiec w trzecim – czwartym roku życia
[7] przelatek – dzik w drugim roku życia
[8] warchlak – młody dziczek w pierwszym roku życia
[9] barłóg – legowisko dzików
[10] locha – samica dzika
[11] rapcie – racice dzika

6 komentarzy

  • Maciej 5 października 2017 at 08:46

    Ostatni raz z taką twardą laską to miałem do czynienia chyba w dziecięctwie, gdy gonił mnie emeryt któremu do ogródka po gruszki wlazłem ;-).

    Urządzaliśmy sobie takie biegi na dwie dekady nim stały się modne Marcinka – ruiny, wspinaczka, bieg po grzbiecie, bieg przez chaszcze bieg pod górę, bieg z góry, ślizg w błocie itp.
    Albo zabawa w „marszu na obces” (można było obejść tylko posesje prywatne) – nie ma że rów melioracyjny (często ściekowy), rzeka, bajoro, pokrzywy itp. jak azymut to azymut.
    Piękne czasy…

    Elementy szkolenia wojskowego – w tłumie raźniej, co innego samotny bieg, wtedy zawsze pojawia się myśl jak u mnie gdy wspinałem się na setne metry komina i wyraźnie już czułem jego chwianie… „po jakiego ch… ja tam lezę?”

    Oj namnożyło się tych biegów i dobrze i fajnie bo to przygoda dla biegaczy i … rozrywka dla obserwatorów 😉

    Reply
    • rowerowy kRaj 5 października 2017 at 13:01

      Dziecięctwo ma to do siebie, że nie zważa bachor na nic 😃 Z wiekiem to ulata 😋

      Reply
      • Maciej 7 października 2017 at 06:03

        Albo (czasami) inni boją się go laskami pogonić 😉
        Choć częściej to te gruszki grandzone już cieszyć przestają 😉

        Reply
  • Maciej 7 października 2017 at 06:10

    Ps. Można było jeszcze w tekst wstawić urocze słowo z dziczego slangu jakim jest „buchtowanie” czyli coś co dziki określiły by jako „rycie w runie” (od „runo” nie od „run” – choc w sumie obie interpretacje w wypadku biegów ekstremalnych mogą być adekwatne) ;D

    Reply
  • Aktywny sportowo 20 listopada 2017 at 22:38

    Gratuluje ukończenia biegu, ale przede wszystkim podjęcia decyzji i pokonaniu swoich słabości. Ja biegam w Runmageddonach 🙂 Nie ma nic lepszego niż pokonanie porodówki, prześlizgując się pod oponami zanurzonymi w błotnistej, gęstej mazi. Przez następne 5 minut biegu nic nie widać 🙂 Teraz już wiesz, że błoto nie takie straszne, a sam bieg daje dużo frajdy. Możesz spróbować swoich sił w Runmageddonie, który zapewnia dużo ciekawych i urozmaiconych przeszkód. Można polatać na linie jak Indiana Jones 🙂

    Reply
    • rowerowy kRaj 21 listopada 2017 at 10:23

      Dzięki 🙂 To rzeczywiście niezła zabawa 😀 Zapewne i Runmageddon stanie się kiedyś wyzwaniem vi celem 😉

      Reply

Dodaj komentarz