Rowerem przez Szwajcarię. Swiss dream wcielony w życie

Rowerem przez Szwajcarię. Spełniony sen, urzeczywistnione marzenia, niezapomniane wrażenia.  A jak wyglądał nasz Swiss Dream?

Tutaj możecie przeczytać.
* Zniecierpliwieni od razu mogą przejść do oglądania filmu zamieszczonego poniżej tekstu 😉

Są cele, które realizujemy gdy tylko pojawią się w naszej głowie. Są plany, do których przygotowujemy się długie miesiące. Są też marzenia, które grzebiemy na samym dnie naszych pragnień, nie dając wiary, że kiedyś się spełnią. Aż w końcu ich siła, wspomagana determinacją, przyprawiona odpowiednią dozą motywacji, eksploduje. Potęga zakus i ambicji staje się tak silna, że myśli zaczynają współgrać z sercem i pozostaje jedno… spełniać swoje marzenie.  

 

Swiss Dream. Szwajcaria w sferze marzeń

 

Przejechać Szwajcarię na rowerze! To była myśl, która zrodziła się kilka lat temu. Kiedy rower znaczył dla mnie tyle, co każdy inny środek transportu. Kiedy jeszcze nie miałam pojęcia czym jest turystyka rowerowa, a podróż z makaronem w sakwach wydawała się raczej wariactwem aniżeli sposobem na zwiedzanie świata zdroworozsądkowych ludzi.

A jednak już wtedy, kiedy przemierzałam ulicami, polnymi drogami, miejskim trotuarami szwajcarskich miast, miasteczek i wsi podczas sezonowych emigracji, uwagi mojej nie umknęły liczne oznakowania rowerowych szlaków. Zgrabne tabliczki w kolorze bordo z graficzną ikoną roweru i numerem trasy odnajdowałam niemal wszędzie. Na skrzyżowaniach ulic większych miast, jak Zurych, Bazylea czy Winterthur. Przy rondach małych miasteczek, na rozdrożach pośród pól, w atrakcyjnych turystycznie miejscach, a także na górskich przełęczach!

 

A może by tak Swiss Dream wcielić w życie?

Rowerem przez Szwajcarię! To jest coś! Pomyślałam już wtedy. Jakieś 15 lat przed tym, kiedy wraz z grupą trójki przyjaciół postanowiliśmy przemierzyć na rowerach Szwajcarię na wskroś. Od Genewy, przez przełęcz Furka, Lucernę, Zurych, aż po Jezioro Bodeńskie. 14 dni na kołach naszych bicykli, niemal 800 km trasy przez 13 z 26 szwajcarskich kantonów, pokonując 8500 metrów w górę i niemal tyle samo w dół. Noclegi pod namiotem i własny prowiant. Tak, by ograniczyć koszty w kraju, który tak samo jak piękny, także drogi.

 

Plan wcielony w życie

Nasz plan nie był prosty i jednoznaczny. Z każdym tygodniem ewaluował i zmieniał się. Byliśmy gotowi na 2 tygodnie rowerowej tułaczki po kraju sera, banków i zegarków ale chcieliśmy ograniczyć koszty. Szukaliśmy treści i wskazówek w Internecie, co do biwakowania „na dziko”. Rzeczowych i konkretnych nie odnaleźliśmy do tej pory, nawet od samych Szwajcarów.

Rowerem przez Szwajcarię… ale gdzie?

Wybór trasy z gęstej siatki sieci dróg rowerowych Szwajcarii (oznakowanych numerami szlaków rangi trasy krajowej w liczbie 9, 54 regionalne i 49 lokalnych!!!) nie był łatwy. Ale Szwajcaria to nie tylko precyzyjność w sztuce zegarków. Wzorcowo przygotowane treści na stronie www.schweizmobil.ch, zdecydowanie pomogły nam w przygotowaniach, ostatecznym wyborze trasy i takim ułożeniu planu podróży, by zrealizować szwajcarskie marzenie w ciągu dwóch tygodni urlopu. I tak byliśmy niemal gotowi na podróż rowerem przez Szwajcarię.

 

MAPA TRASY

 

Szwajcarskie ble blą bla

 

Kierowca busa zatrzymuje się w Genewie w zupełnie przypadkowym miejscu. Wysiadamy na niewielkim parkingu. Męskie grono składa rowery, a my z dozą nieśmiałości czekamy na kierowane ku nam pytania przyglądających się tej scenie przechodniów. Nie musimy długo czekać na pierwszy kontakt słowny. Oczywiście nic z tego nie rozumiemy, gdyż znajdujemy się w tej części Szwajcarii, gdzie językiem komunikacji jest język francuski. Cedzę niepewne Ich habe nicht verstanden. Sprechen Sie Deutch? I tak powolutku wchodzimy w dialog ze starszym mężczyzną, który nie dowierza naszym planom.

Wsiadamy na rowery, przekręcamy kilkaset metrów, zatrzymuje nas czerwone światło. Od tej chwili już się nie rozglądamy z niepokojem. Już nie wodzimy wzrokiem na lewo i prawo, by znaleźć oznakowanie rowerowego szlaku Nr 1 rangi krajowej zwanego Rhone-Route (dla zainteresowanych mapa „jedynki” ).

A to za sprawą uprzejmości drobnej kobiety na szosówce, która podczas tych kilku chwil postoju na czerwonym świetle w dość niezdarnej z nami konwersacji, zadeklarowała swą pomoc i wyprowadziła nas na właściwą drogę.

Jezioro Genewskie

Jezioro Genewskie

Błękitna tafla Jeziora Genewskiego mieni się w pełni lipcowego słońca. Na deptaku gwar. Z głośników wydobywa się dźwięk wypowiadanych nazwisk zawodników, którzy właśnie zmieniają strefę w triathlonowej konkurencji. Raz po raz zgromadzony tłum kibiców bije gromkie brawa. Na chwilę stajemy się częścią tej wielobarwnej ciżby, zatapiając się niczym w ławicy, której wrzawa zagłuszyła i przyćmiła  wzlatujący na niemal 140 metrów strumień wody słynnej genewskiej fontanny Jet d’eau.

Nad Jeziorem Genewskim. Przed naszymi twarzami fontanna Jet d’Eau – najwyższa fontanna w Europie (fot. Klaudia Cybulska)

 

Przychylność dla obcych

Z każdym kilometrem oddalamy się od dźwięków tętniącego życiem miasta. Tylko jeszcze raz w ciągu tego samego dnia, poznamy przychylność mieszkańców kantonu Genewa, kiedy zagubiony w labiryncie osiedlowych ulic Michał, odnajdzie się z nami dzięki pomocy sympatycznego człowieka. Do tej pory nie jestem w stanie pojąć, jak nie rozumiejąc ani jednego francuskiego słowa udało się wyjaśnić sobie nawzajem gdzie mamy zjechać, zatrzymać się i czekać, aż zbłąkana owca naszego stada do nas dołączy. Dzięki determinacji, gestykulacji i przede wszystkim chęci pomocy dobrego pasterza wszyscy się odnaleźliśmy.

Czy to upał, czy usposobienie 😀 (fot. Klaudia Cybulska)

W namierzaniu Mont Blanc (fot. Klaudia Cybulska)

 

Rowerem w alpejskim krajobrazie

Północny brzeg Jeziora Genewskiego dostarcza nam odmiennych wrażeń. Z ulicznego zgiełku i chaosu przenosimy się na ciche zbocza winnic. Na drugim brzegu Jeziora Lemańskiego należącym do Francji, bielą się szczyty Alp Zachodnich. Króluje im Mont Blanc potocznie nazywany Dachem Europy. Temperatura powietrza dochodzi do 40 stopni Celsjusza. Obładowane sakwami rowery napędzane mozolnie jedynie siłą własnych mięśni wzbudzają zainteresowanie wśród tych, którzy z lekkością suną pod górę szukając wzrokiem w naszych jednośladach akumulatorów. Ku ich zdziwieniu nie znajdują nic poza korbą i łańcuchem.

Winnice tarasowe w Lavaux wpisane na listę UNESCO.

Szlak pozwala odpocząć nogom podczas kolejnego etapu podróży, nie pozbawiając przy tym oczu pięknych widoków. Wezbrane wody rzeki Rodan szumią dźwięcznie, gdy wzrok wodzi po zboczach otaczających nas kilkutysięczników. Ukradkiem korzystamy z dobrodziejstw winnic i sadów, zaspakajając pragnienie naturalnym sokiem ich owoców.

 

Z duchem sportu przez Szwajcarię

Na północnym brzegu Jeziora Genewskiego chwytamy jego bryzę, odczuwając jednocześnie mroźne alpejskie powietrze. Doznaniom tym towarzyszy nieustannie duch sportu. Naszej uwadze nie umyka budynek siedziby UEFA w Nyon, Międzynarodowy Komitet Olimpijski z siedzibą w Lozannie oraz siedziba Międzynarodowej Unii Kolarskiej UCI w Aigle. W Montreux pojawia się także akcent muzyczny. To tu ostatnie lata swego życia spędził Freddie Mercury. Przypomina o tym znajdująca się przy nabrzeżu statua, ukazująca artystę w swojej charakterystycznej triumfalnej pozie.

 

Niedomagania podczas górskich zmagań

 

Nie przyjechaliśmy do Szwajcarii cieszyć się płaskim terenem. Przyjechaliśmy do Szwajcarii, by podążać na rowerach dobrze przygotowanymi szlakami, podziwiać naturalne piękno tego kraju, zmagać się z przewyższeniami i zebrać całe mnóstwo wspomnień.

Te wszystkie wrażenia zbieramy od początku do końca naszej szwajcarskiej przygody. Jest jednak taki etap tej podróży, kiedy wszystkie kumulują się oddziałując ze wzmożoną intensywnością.

podjazd na Furkapass (fot. Klaudia Cybulska)

 

Alpy. Tu się oddycha…

…ciężko podczas podjazdów

To kilka dni, kiedy rozpoczynamy najtrudniejszy technicznie odcinek naszej trasy. Kiedy musimy wspinać się w górę, a ukształtowanie terenu nie daje nawet na chwilę o tym zapomnieć.

Jeden z bardziej wymagających odcinków trasy Rhone-Route

Ten czas, kiedy pożądana byłaby niekiedy bardziej siła rąk, aniżeli nóg, gdy teren wymusza pchanie obładowanych dwudziestokilogramowym ekwipunkiem rowerów, w bezpośrednim sąsiedztwie stromych ścian przepaści.

Bardziej przydatna siła rąk

Te 100 km podczas których wspinamy się w górę, by osiągnąć wysokość 2436 m n.p.m. przełęczy Furka oddzielającej Alpy Lepontyńskie od Alp Berneńskich.

Miejscowość Gletsch. Rozjazd na przełęcz Furka i Grimsel

podjazd na Furkapass

Furkapass 2436 m n.p.m. (fot. Klaudia Cybulska)

 

Te następne kilkadziesiąt kilometrów, gdy pędzimy w dół z duszą na ramieniu na zakrętach alpejskich serpentyn.

Zjazd z przełęczy Furka w kierunku Andermatt

Zakosy przełęczy Furka (Furkapass)

To kolejne dni, kiedy budzi nas rześkie powietrze poranka, mimo iż okalające pole namiotowe skały skąpane są już w ciepłej poświacie wschodzącego słońca.

Ten czas, kiedy znowu obniżamy wysokość podążając przez ciemne tunele wykute w górujących nad nami skałach.

Jezioro Czterech Kantonów (Vierwaldstättersee)

To ta pora, kiedy licznik wybija w zawrotnym tempie kolejne kilometry, aż w końcu zatrzyma się na pokładzie promu kursującego przez Jezioro Czterech Kantonów, a my znajdziemy się w wąskich uliczkach miast i miasteczek centralnej Szwajcarii.

To w tym czasie ziściło się wszystko, czego oczekiwaliśmy i wszystko to, na co nie byliśmy przygotowani realizując nasz Swiss Dream – rowerową podróż przez Szwajcarię.

Mimo, iż to środek lata, śnieg nie jest niczym nadzwyczajnym na wysokości ponad 2k

 

U stóp Pilatusa. Centralna Szwajcaria

 

Góry, jeziora, średniowieczna architektura, barokowa sztuka, znane z historii postaci, wiele kultur pod jednym dachem. Taka właśnie jest Szwajcaria. I taka jest Lucerna – miasto leżące w geograficznym sercu kraju. Symbolem miasta jest słynny, drewniany, kryty Most Kapliczny (Kapellbrücke), który łączy oba brzegi rzeki Reuss. Wyjątkowość mostu polega na jego zygzakowatym kształcie, wymuszonym przez bagnisty teren podczas budowy w 1333r. Oryginalny most był najstarszym drewnianym mostem w Europie. Spłonął niemal doszczętnie w 1993 roku, po czym został odbudowany.

Lucerna (niem. Luzern). Most Kapliczny – wizytówka miasta

Przechadzamy się niespiesznie drewnianą konstrukcją mostu podziwiając znajdujące się wśród krokwi malowidła sławiące historię Lucerny i odwagę jej mieszkańców w walce o niepodległość Szwajcarii. Po chwili stąpamy po drewnianej konstrukcji znajdującego się kilkaset metrów dalej Mostu Młyńskiego z 1408r. Pod dachem tego drugiego kryją się bardziej mroczne obrazy, bo przedstawiające śmierć.

Pomroczność szybko uchodzi w gwarze i kolorycie wąskich uliczek Lucerny. Kamienna wieża Ratusza góruje nad gęstą zabudową. Nad Lucerną zaś oraz Jeziorem Czterech Kantonów góruje Pilatus.

Centralna Szwajcaria także pokazała nam, że podróż rowerem przez ten kraj, to był strzał w dziesiątkę.

Jezioro Czterech Kantonów (Vierwaldstättersee)

 

Zielona północ Szwajcarii

 

Nadszedł czas zmiany. Pocztówkowy krajobraz Szwajcarii z jeziorami i górującymi nad nimi szczytami Alp zostawiamy za sobą. Mimo to z wielką ochotą kontynuujemy naszą rowerową podróż przez Szwajcarię. Od teraz pośród dróg i pól dobrze mi znanych. Przez miejscowości nie raz odwiedzone, nieopodal gospodarstw będących miejscem pracy w trakcie sezonowych emigracji.

Zanim na dobre przeniesiemy się na drogi małych miasteczek i wsi, kluczymy w labiryntach ulic Zurychu. I w przeciwieństwie do cór Zurychu, o których śpiewał Artur Andrus, nam nie stało się nadto  bliskie Jezioro Zuryskie.

Północna część Szwajcarii nie zachwyca już tak bardzo. A może tylko mnie, bo każda droga wydaje mi się tu znajoma. Trasy wiodą pośród pól uprawnych przedzielonych niekiedy wzgórzami obsadzonymi winoroślą. Od tego momentu plan dalszej podróży układamy na bieżąco.  Monumentalne szczyty, mozolne podjazdy i szybkie zjazdy odeszły w zapomnienie. Pozostał natomiast wcale nie łatwy, pagórkowaty teren zielonych połaci pól i perspektywa dotarcia nad Jezioro Bodeńskie.

 

 

Bodeńskie trio. Jedno jezioro, trzy kraje

 

Pętlę wokół Jeziora Bodeńskiego rozpoczynamy w malowniczym miasteczku Stein am Rhein. Nie bez powodu nazywam je malowniczym, bo średniowieczne mury budynków zdobione są freskami.

Sprawnie przemieszczamy się trasą rowerową Bodensee Radweg. Wijący się pomiędzy sadami, winnicami i wodami jeziora Bodeńskiego szlak rowerowy nie przysparza trudności. Już kolejnego dnia meldujemy się w austriackiej Bregencji. W pośpiechu zaglądamy na scenę opery na wodzie próbując sobie wyobrazić, jakież to musi być doznanie móc uczestniczyć w odgrywanych na tej scenie spektaklach.

Stein am Rhein – średniowieczna część miasta przeznaczona tylko do ruchu pieszego

Bregencja. Scena opery na wodzie

 

Swiss dream – potrójne zakończenie

Kiedy na dworcu niemieckiego Lindau okazuje się, że powrót do Polski kolejami niemieckimi to kilkanaście przesiadek i ceny nieadekwatne do założonych kosztów podróży, jesteśmy zrezygnowani. Niby mamy jeszcze kilka dni zapasu, ale co z tego, kiedy nie mamy jak sensownie wrócić. Kolej odpada, autokary firm przewozowych albo zajęte, albo nie przewożą rowerów, busy zarezerwowane na najbliższe tygodnie. Znajomi w rozjazdach.

Jest chyba wtorek. Południe. Internet już iskrzy, nikomu z naszej ekipy nic sensownego nie przychodzi do głowy. I nagle myśl, ostatnia nadzieja. Przecież przysłowiowy „brat szwagra” czasami jeździ do Szwajcarii. Pocztą pantoflową zdobywam numer, dzwonię. Jest połączenie, odbiera i…

Ja: Jest sprawa. Trzeba odebrać 4 osoby ze Szwajcarii…

K:  Kiedy?

Ja: Właściwie, to my już zakończyliśmy wyprawę. Tylko, yyyyy są jeszcze 4 rowery i 20 sakw.

K: Będę tam jechał, ale wyjazd mam w czwartek, to musicie poczekać ze trzy dni, bo będę wracał w piątek.

Z niedowierzaniem dopytuję, czy aby na pewno kierowca busa ma na myśli najbliższy piątek i jego paka będzie w stanie pomieścić 4 osoby, 4 rowery i ok 20 sakw. Pada stwierdzenie, że jakoś się zabierzemy. Jeszcze tylko kwestia ceny. My wiemy, że jesteśmy w stanie zapłacić znacznie więcej, niż średnie stawki rynkowe. Kierowca busa może i się domyśla, ale proponuje całkiem normalną cenę. Uchodzi z nas stres i napięcie. Teraz już nie ważne, czy zrobimy przez te 3 dni 20 czy 200 km. Mamy ustalony transport, który zabierze nas ze wskazanego miejsca i zawiezie we wskazane już w Polsce.

 

Wokół Jeziora Bodeńskiego

Zrządzeniem losu mamy przed sobą  jeszcze 3 dni podróży, które postanawiamy wykorzystać na domknięcie pętli wokół Jeziora Bodeńskiego i krótką wizytę w Konstancji. Już niespiesznie, pełni wrażeń i tęskniący za szwajcarskim snem, który tak naprawdę nadal trwa, podążamy przed siebie zatrzymując się nieco dłużej w Lindau, Friedrichshafen i Meersburg. I pomimo całego uroku tych miast, ich przepięknych portów, nic już nas tak nie zadowala, nie dostarcza takich wrażeń i satysfakcji, jak pokonywane kilkanaście dni wcześniej w pocie czoła kilometry. Jak rześkie noce na wysokości ponad 1500 m n.p.m.. Jak towarzyszący nam szum rwącego Rodanu, mroźny całus lodowca Rhonegletscher  i wyniosłe ściany Alp przeglądające się w błękitnych taflach jezior.

 

Rowerem przez Szwajcarię

ZAKOŃCZENIE

Szwajcaria. Tak wiele wątpliwości targało nasze myśli, a wyszło tak naturalnie. Dlatego nie warto jedynie śnić, a spełniać swoje marzenia!

Lodowiec Rodanu (niem. Rhonegletscher) 1753 m n.p.m.. Źródło rzeki Rodan

Latarnia morska i wyjście z portu na wyspie Lindau

Konstancja. Wpływamy do portu

Szwajcarska wioska w drewnianej zabudowie

Oznakowanie szlaków rowerowych w Szwajcarii

 

Basia.

2 komentarze

  • Maciej 26 sierpnia 2019 at 16:49

    Super przygody.
    Cudne widoki.
    Masa ciekawostek.

    Na koniec jeszcze macie na filmie moje największe marzenie…

    Tylko nadal nie wiem jak tam w Szwajcarlandzie jest z biwakowaniem na dziko?

    Reply
    • rowerowy kRaj 28 sierpnia 2019 at 10:43

      Czyżby marzył się sterowiec?
      A z tym biwakowaniem, to nikt nie wie. W każdym bądź razie ludzie to czynią. My nie ryzykowaliśmy zubożenia o kilkaset CHF 😀

      Reply

Nasunęła Ci się jakaś myśl? Podziel się nią tutaj :)