W krainie łagodności. Ponidzie

„Miłkiem wyzłocony kraj
Wstęgą Nidy otoczony
Na szlak wzywa nas
Dźwiękiem wiślickiego dzwonu”

Dźwięk dzwonka wyrywa nas ze snu. Nie, to jeszcze nie ten wiślicki, a jedynie melodia alarmu oznajmia porę pobudki. Za chwilę objuczymy nasze rowery sakwami, wsiądziemy do pociągu, by zaledwie kilkanaście stacji dalej rozpocząć rowerową przygodę w krainie łagodności.

Cóż to za kraina, o istnieniu której do chwili tej wycieczki nie miałam pojęcia? Region choć bliski, to nieodkryty. Pośród morza łąk wciśnięte pagórki lessowe, przy polnych drogach wiekowe kamienne świątki, Chrystus Frasobliwy lub św. Jan Nepomucen, a w miasteczkach gotyckie kościoły. Ten step świętokrzyski kwiatem się złoci, a bociani klekot uspokaja duszę. Leży sobie ta kraina między Krakowem i Sandomierzem. Rozłożyła swe ramiona od Chęcin po Nowy Korczyn. Przegląda się w wodach Nidy i jest perełką świętokrzyskiej ziemi. To Magiczne Ponidzie.

Co wiem o Ponidziu ja? Mieszkająca od urodzenia na kieleckiej ziemi? Rumieniec rysuje się na twarzy, bo właściwie nic. Tylko migawki zdjęć w Internecie zachęcają do poznania tej krainy. I jeszcze tekst piosenki pobudza wyobraźnię. I już nie ma co śnić o nadnidziańskim lecie, a gnać go szukać wiedzionym świtem!

I tak w czerwcowy weekend ruszamy wczesnym rankiem w trzydniową podróż przez  nadnidziańskie zielone krajobrazy, gdzie płaski pejzaż przecinają wyrastające ruiny tajemniczych zamków, mury magicznych gotyckich kościołów, ściany gipsowych wzniesień i lessowe tarasy.
Nida – jej bieg nadaje połączenie Białej Nidy i Czarnej Nidy w Brzegach koło Chęcin. Nasz bieg zaczynamy nieco dalej i wysiadamy z pociągu na stacji w Sobkowie. Zatrzaskujemy drzwi, skład rusza i po chwili znika z oczu. Podróż czas zacząć!

Dzień pierwszy i miłość od pierwszego wejrzenia.

Zamki, ogrody, świątki

Soczysta zieleń uderza w nas już po chwili. Najpierw ta drzew, szpalerem których przekręcamy nasze pierwsze kilometry. Później ta łąk, która towarzyszyć nam już będzie nieodłącznie dekorowana złocistym rumieńcem kwiatów miłka.

Nasz pierwszy przystanek, który bez wątpienia jest przystankiem obowiązkowym na rowerowym szlaku Architektury Obronnej, którego śladem w większości podążamy, jest fortalicja w Sobkowie. Renesansowa brama stoi otworem więc przekraczamy jej próg. Magia miejsca pochłania nas już o świcie. Te mury, ten zapach, ta cisza poranka. Nie ma żywej duszy tylko my dwoje i ona. Jeszcze senna, jeszcze leniwa… Wita nas Nida.

Ruiny Fortalicji w Sobkowie

Już wiem, choć minęło zaledwie kilka kilometrów, że to wyjątkowo urocza kraina. Już skradła me serce, już zaskarbiła sobie duszę. Już chce do niej wracać, choć jeszcze nie zdążyłam jej odkryć. Czy to ta cisza poranka? Czy to rosa na trawie? A może konie na łąkach łaknące powitania? Może trel ptaków albo brzask słońca. Czy Nida nad którą poranna mgiełka unosi się delikatnie? A może niebo szukające swego odbicia w wodzie? To wszystko w jednym i każde z osobna. I jeszcze całe mnóstwo, które nam się zdarzy. Każda cząstka, każdego z trzech dni spędzonych na Ponidziu sprawiła, że nadnidziański region zajął w duszy mojej i na mapie wojaży wszelakich wyjątkowe i zaszczytne miejsce. Jedziemy więc dalej zatapiać się w tej magii.

Odkrywamy niemal nieosiągalne dla oczu, ukryte gdzieś pośród wielkich traw ruiny warowni w Mokrsku Górnym. Zachwycamy się pejzażem i jedziemy niespiesznie łapiąc ciszę poranka. Słońce coraz wyżej wstaje dając sygnał, że przyszedł czas porannej kawy. W tym samym momencie wyrasta przed nami Gospodarstwo Rybackie Stawy. To kolejne miejsce magiczne. I pierwszej roli nie odgrywają tu istniejące faktycznie stawy hodowlane ryb, a klimat jaki wokół nich stworzył właściciel. Bo Stawy to nie tylko łowisko i miejsce na wędkarską przygodę ale także agroturystyka i restauracja. Schludnie ale bardzo gustownie udekorowane stoliki w zielonym ogrodzie, komponująca się z krajobrazem muzyka, pyszna kawa i przesympatyczny gospodarz. Czuję się jak Alicja w krainie czarów. Rozkoszuję się tą chwilą kiedy jeszcze rześkie powietrze kłuje w nozdrza, trel ptaków przyjemnie świdruje w uszach a w pobliskim stawie rybie życie daje znać o sobie wywołując raz po raz plusk wody. Ukraszone jeszcze to wszystko dźwiękiem muzyki dobranej idealnie. Czas jednak nagli nagli i bez zbędnego pośpiechu ruszamy dalej w srebrnoświtym morzu łąk.

Konie łaknące powitania o poranku

W oczekiwaniu na Pimpka, który pędzi pociągiem z Wrocławia w Pińczowie robimy kolejną dłuższą przerwę. Do miasta wjeżdżamy niczym królewska para po kolorowym kwiecistym dywanie utkanym z płatków kwiatów wszelakich. Jest Boże Ciało i wkręcamy się do miasta w czasie przechodzącej dopiero co procesji. By nie marnować czasu, podjeżdżamy do górującej nad miastem kaplicy św. Anny, skąd rozpościera się niebanalny widok na miasteczko i meandrującą w oddali Nidę. Błogą drzemkę na trawie przerywa nam znowu dźwięk dzwonka. Tym razem to Pimpek informuje nas, że zameldował się właśnie w Pińczowie. Moglibyśmy zatrzymać się tu na dłużej zaglądając w zakamarki Zespołu klasztornego oo. Paulinów wraz z kościołem św. Jana Ewangelisty  czy Zespołu klasztornego oo. Reformatorów. Moglibyśmy także odwiedzić Dom Ariański i Pałac Wielopolskich. Darujemy sobie  jednak chłodne wnętrza na rzecz ciepłych promieni słońca i pięknej nadnidziańskiej przyrody.

Ogród na Rozstajach

Zielony krajobraz drzew, który dominuje przez chwilę nad otwartą przestrzenią łąk, zamieniamy na kolorowe ścieżki wodzące nas wśród przeróżnych gatunków kwiatów. To Ogród na Rozstajach w Młodzawach Małych. Ten prywatny ogród botaniczno – ornitologiczny udostępniony dla zwiedzających ma niezliczoną ilość odmian roślin, które można podziwiać za niewielką opłatą. Korzystamy z tej okazji i w labiryncie ścieżek i lessowych tarasów przystajemy co rusz patrząc z zachwytem, a to na piękno tej roślinności, a to podziwiając kunszt zagospodarowania tej blisko hektarowej przestrzeni. Dostojnego charakteru temu ukwieconemu otoczeniu nadają ponad stuletnie drzewa a liczne oczka wodne,  szemrzące strumyki i wodospady są uzupełnieniem tej ogrodowej kompozycji.

Ogród na Rozstajach

W Ogrodzie na Rozstajach możemy cieszyć wzrok kolorowymi kwiatami i zielonymi iglakami

Ruszamy dalej, a przyjemności nie ma końca. I choć jeszcze świeżą w nas paletę ogrodowych barw pokrył lessowy pył, to nie narzekamy. Bo pędzić w cieniu ścian lessowego wąwozu w towarzystwie stróżujących tu kamiennych świątków nie zdarza się w każdym miejscu na ziemi.

Kamienne przydrożne świątki wpisane są w krajobraz Ponidzia

Lessowy pył na naszych ciałach stanowi jedynie podkład do czegoś bardziej exclusive. Przekonujemy się o tym, kiedy poszukując miejsca na biwak na nadnidziańskich łąkach zaliczamy gratisowe kąpiele błotne. O ile dla nas mogą okazać się zbawienne, o tyle dla naszych rowerów mogą stać się zgubą. Dobra passa jednak nie mija i w Wiślicy znajdujemy gospodarstwo agroturystyczne, gdzie ponownie zaliczamy kąpiele. Tym razem w strumieniach czystej wody kabiny prysznica. 

Dzień drugi

W cieniu tajemnic. Wiślica, Wisła i historia krzyża

Niespiesznie witamy się z dniem, a dzień nie spieszy nas pchać do przodu. Nawet Wiślicki dzwon zdaje się drzemać jeszcze w zaciszu kościelnej wieży. Drzwi Bazyliki zamknięte. Centrum Informacji Turystycznej nakazuje czekać na jakąś wycieczkę, z którą będziemy mogli wejść do podziemi i Domu Długosza – wiślickiego kustosza. Czekamy cierpliwie, choć południe coraz bliżej. Czekamy. Turystów przybywa. Czekamy. Turystów przybywa. Czekamy. Po wypitej na miejskim skwerze kawie o tym, jak długo jeszcze przyjdzie nam czekać, można teraz tylko wróżyć z fusów. Kiedy już czekać nie mamy ochoty Pani przewodnik z mieszczącego się przy Bazylice CIT decyduje się oprowadzić ciekawskich. Mimo pozostawienia delikatnego niesmaku, warto było czekać. Polichromie, „posadzka wiślicka”, podziemne pozostałości dwóch kościołów romańskich robią wrażenie i jest to na pewno przystanek konieczny na szlaku architektury obronnej.

W Wiślicy prowadzący nas szlak wiedzie na północ. My zaś jedziemy tropem Nidy, aż w okolicach Nowego Korczyna znajdziemy jej ujście do Wisły.  I choć znaczna część dnia uciekła nam gdzieś niepostrzeżenie, nie wahamy się poświęcać czasu na błądzenie pośród polnych dróżek. Wszak w  rowerowych podróżach nie liczą się przejechane kilometry, nie liczy się ilość odwiedzonych miejsc, nie liczy się czas. Czasami najpiękniejsza podróż dokonuje się tuż za rogiem. Nigdy nie wiesz co Cię zachwyci, co odkryjesz, kogo spotkasz na swej drodze. I to jest właśnie ta chwila. W rytmie leniwej Nidy przemierzamy świętokrzyski step delektując się pięknem krajobrazu. Szukamy miejsca, w którym Nida uchodzi do Wisły. Na swej drodze spotykamy wiekową już babcię. Pytanie o drogę przemienia się w przepięknie opowiedzianą historię krzyża, przy którym przyszło nam się spotkać. Podobno stoi tu ponad sto pięćdziesiąt lat i był świadkiem rodzinnego życia dwóch pokoleń naszej rozmówczyni. Już niewielu o nim pamięta, niewielu o niego dba. Tylko zmurszałe już drewno, piękno zanikających zdobień i zmarszczona twarz ponad osiemdziesięcioletniej babci są świadectwem jego wiekowości i przemijania. Dlatego podróżujemy, chwytając każdą chwilę. Chwytamy krzyż, Nidę i Wisłę zapisując obraz w fotografii. Gdy czas przyćmi pamięć, zdjęcia będą naszym drogowskazem w korytarzach wspomnień.

Zaspokajamy ciekawskiego ducha odnajdując miejsce ujścia i wracamy na szlak architektury obronnej w kierunku Buska-Zdroju. Płaski jak stół krajobraz przecina nagle wyrastające ponad płaszczyznę pól ukwiecone wzgórze Rezerwatu Przęślin.  Obserwujemy przez chwilę stanowiska chronionych owadów i urodę rzadkich roślin zachowując przy tym ostrożność, by nie zniszczyć żadnej z nich. W Chotlu Czerwonym pauzujemy przy murach gotyckiego kościoła, który według znawców architektury jest miniaturą kolegiaty wiślickiej.

Rezerwat Przęślin

Noc nadchodzi łagodnie. Próżno szukać nam dachu nad głową i stawiamy na targany ze sobą namiot. W końcu trzeba zrobić użytek z trzech kilogramów balastu. Rodzi się tylko pytanie, czy wykoszona trawka nad zalewem Ośrodka Rekreacyjnego gdzie w piątkowy wieczór zaczyna tłumnie zjeżdżać się młodzież z mocno wyregulowaną muzyką w autach, czy niczym nie zakłócony spokój na widniejącej w oddali Radzanowskiej Górze. Wygrywa oczywiście wariant drugi. Mimo konieczności wprowadzania rowerów pod górę drogą, gdzie trawy sięgają nam niemal do pasa, widok i miejsce wynagradzają wszystko. Biegające sarny, zachód słońca i migoczące w oddali feerią barw Busko-Zdrój. No i ten dreszczyk podniecenia z racji dziewiczego spania „na dziko”.

Dzień trzeci.

Uzdrowione dusze, zapach siana i wróżba czarnego bociana

Ranek wita nas słońcem i polną drogą pośród kolorowych kwiatów zjeżdżamy na trakt prowadzący nas do Buska-Zdroju. To miasto uzdrowiskowe więc nie może się obyć bez wizyty w parku zdrojowym i zimnej buskowianki, która gasi pragnienie w ten upalny dzień. Zachęceni przez kogoś odwiedzamy także kościół św. Brata Alberta, którego wnętrze znacznie odbiega od typowych kościelnych wnętrz i nie chodzi oczywiście o elementy, które są w każdym kościele, a o zdobienia, jakie podziwiać możemy na ścianach oraz w oknach świątyni. Nie dość, że są  unikatowe, są także piękne.

Z miasta wyjeżdżamy żółtym szlakiem rowerowym, który prowadzi nas długimi kilometrami asfaltową ścieżką rowerową wśród leśnego zapachu i cienia drzew. Nie dajemy wiary, że takie ścieżki rowerowe można spotkać w naszym regionie. Tym bardziej jesteśmy dumni, że ten oto wzorcowy dukt istnieje w naszym świętokrzyskim województwie.

Asfaltowa ścieżka rowerowa prowadzi nas przez las niemal przez 10 km

Ponidzie to przede wszystkim jednak możliwość zatopienia się w sielskim krajobrazie polskiej wsi i ciepłego lata. Morze łąk pachnących świeżym sianem i niezliczona ilość bocianów towarzyszy nam każdego dnia. Ich klekot rozbrzmiewa po polach, niesie się wśród zapachu ściętych traw, rozbrzmiewa echem pomiędzy dywanem kolorowych kwiatów, gaśnie gdzieś po drodze w gąszczu czerwonych maków, by po chwili na nowo rozbrzmiewać pośród białych kwiatów dzikiego bzu. Takie jest Ponidzie. Współistniejąca flora i fauna tworzą syntezę nieprzeciętnego charakteru. I trudno w tej kompozycji szukać dominującej nuty. Czy to zapach kwiatów, świergot ptaków, klekot bocianów, zapach siana, wodzący wzrok pejzaż, a może delikatny szum wody? Kompozycja jest naprawdę bogata. Jestem jednak przekonana, że pośród tej intensywności zapachów, melodii i barw, każdy znajdzie na Ponidziu swoją nutę serca. Wszak perfumy na każdej skórze nie pachną tak samo.

Leniwa Nida

I leniwe towarzystwo 😉

Zdarzyć się może, że na kolorową paletę barw cień rzuci nagle czarny charakter. Taka przygoda spotyka nas. Niepostrzeżenie, spomiędzy gromady boćków do lotu podrywa się on. Dostojny i wyjątkowy. Czarny bocian. Wzbija się w powietrze, rozpościera swe czarne skrzydła, krąży chwilę nad nami, oddala się i powoli znika zataczając na niebie okręgi. Długo jeszcze zadzieramy głowy do góry wypatrując podobnego osobnika. Nic takiego już się nie zdarza i dociera do nas ile mamy szczęścia w tej podróży. Podróży, która powoli dobiega końca.

Płaski teren zaczyna wić się jak gimnastyczna wstęga. Najpierw delikatnie wodzi nas w górę, by po chwili dać upust i ponieść nas w dół. Szybkie tempo zjazdu jakby wprawiało w ruch naszą matkę ziemię, która za zjazdem stawia przed nami kolejny podjazd. Fala wzniesień i obniżeń doprowadza nas do punktu startu – Sobkowa. Tym razem omijamy fortalicję i na zakończenie trzydniowej wędrówki zostawiamy sobie Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni.

Spacer po Parku Etnograficznym, pomiędzy drewnianymi chałupami w układzie charakterystycznym dla różnych subregionów Kielecczyzny, robimy z wielką przyjemnością. Zaglądamy z zaciekawieniem do wnętrza chałup, które w ten upalny dzień przyciągają chłodem wnętrza. I tak mamy zaszczyt gościć w karczmie, zaglądamy do spichlerza, co kończy się wizytą w gabinecie doktora Witolda Poziomskiego. Na szczęście tuż obok jest apteka i ogród ziołowy. Można więc zatem szybko się wyleczyć z dolegliwości. Gdyby ktoś chciał skroić strój na miarę XX wieku koniecznie nich zajrzy do pracowni żydowskiego krawca. A Ci, którym zbywa w kieszeni mogą zaopatrzyć się w pobliskim sklepiku z lat 30. XXw. Podróż po miasteczku należałoby jakoś upamiętnić, dlatego znajduje się tutaj zakład fotograficzny. Gdyby ktoś zechciał na modły, to i kościół otworem stoi. I jeszcze całe mnóstwo chałup, dworków, młynów i zabudowań gospodarczych, gdzie spotkamy żywy inwentarz.

Zbliżamy się do mety. Park Etnograficzny w Tokarni pozwalający poznać  kulturę ludową Kielecczyzny jest dobrym zwieńczeniem wycieczki.

Jeszcze parę ruchów korbą do stacji kolejowej Wolica. Nasza mała wielka podróż w naszym małym pięknym województwie dobiega końca. Czekamy kolejnego lata, by Ponidzie odkrywać z dwóch różnych perspektyw. Bo dlaczego by rowerowego siodła nie zastąpić na chwilę siodłem kajaka?

 

Wiatru w plecy!

Basia.

No Comments

Dodaj komentarz