Ucieczka w Bieszczady. Połonina Caryńska. Z dala od politycznej wrzawy.

Kiedy patrzę na odgrywaną w naszym kraju szopkę, i to wcale nie tą Bożonarodzeniową, to żałuję że 25.10.2015r. nie spełniłam swojego obywatelskiego obowiązku.  Z drugiej strony jednak cieszę się, że nie dokonałam żadnego wyboru, bo dzisiaj widzę, że jaki by on nie był, nie byłby tym właściwym. Cóż, październikowa niedziela zamiast wycieczką do wyborczej urny zakończyła się wycieczką w Bieszczady. I to z pewnością był najlepszy z dokonanych wyborów!
Bieszczady chodziły po mojej głowie od kilku lat. A dokładnie od 2010r., kiedy po raz pierwszy miałam okazję wędrować pośród bukowych lasów i muraw połonin. Zaszczepiła się wówczas we mnie chęć powrotu tutaj. Tak się tylko jakoś to odkładało w czasie. Nawet mapę Bieszczad kupiłam już dobrych kilkanaście miesięcy temu, a do wyjazdu jakoś wciąż było daleko. Tym razem chęć zawitania w bieszczadzkie zakątki była tak silna, że postanowiłam nie baczyć na nic, spakować manatki i przyjechać. Bez żadnych ścisłych planów. Jeśli zwerbuję kogoś ze znajomych to dobrze. Jeżeli nie, pojadę sama. Tak. Moja determinacja była na tyle silna, że byłam gotowa ruszyć sama na bieszczadzkie szlaki, przemierzając najpierw 300 km samochodem. Bez głębszej wiedzy o rejonie, bez obeznania w górskim wędrowaniu, bez znajomości  terenu. Zarezerwowałam nocleg. Postanowione. Jadę. Jeszcze miałam nadzieję, że ktoś ze znajomych da się namówić. Nie dał się. Ale raczej nie z poczucia obywatelskiego obowiązku oddania swojego głosu w wyborach parlamentarnych, a z lenistwa. Wasza strata!
Ostatecznie nie byłam w tym wojażowaniu sama. Trochę namową, trochę siłą (perswazji ma się rozumieć) zabrałam ze sobą mamę. Towarzysz był, tyle że w swojej wiedzy o górach jeszcze bardziej ociemniały niż ja. Wiedziałam, że poza przyjemnością wędrowania stawiam sobie jeszcze zadanie – być przewodnikiem, opiekunem i ciałem od logistyki.  Świadomość swojej kondycji mam. Ale co mogę powiedzieć o kondycji mamy? Kobiety, która od kilkunastu lat cieszy się emeryturą, a jej aktywność fizyczna zaczyna się na pracach porządkowych w domu, a kończy na pracach w ogrodzie. To dopiero przed nami wyzwanie 🙂 Jedziemy!!
Wyjechałyśmy bardzo wczesnym rankiem, kiedy wokół wszystko spowite było granatem nocy. Prognozy pogody zapowiadały natomiast kilka słonecznych, złoto jesiennych dni. Promienie słońca, jakie przywitały nas o świcie, pozostały z nami całą drogę. Pogoda iście wymarzona. Z każdym przeskakującym na cyferblacie auta kilometrem, utwierdzałam się w przekonaniu, że wyjazd w Bieszczady, to był dobry wybór. Stuprocentowa pewność dopadła mnie tuż po tym, jak opuściliśmy Rzeszów, a teren coraz bardziej się wypiętrzał. W promieniach porannego słońca, na drzewach porastających zbocza coraz wyższych wzniesień, skrzyły się kolorowe liście. Taka aura i otoczenie wlewa w człowieka nagle pokłady optymizmu, którymi chce się dzielić z innymi.
Na drogach ruch niewielki.  Zdaje się, że tylko wierni opuszczający kościoły po niedzielnej mszy, udający się potem tłumnie do lokali wyborczych, są jedynymi uczestnikami ruchu. Dzięki temu przyjemniej się prowadzi. Można nieco nacieszyć oko tym, co roztacza się po obu stronach drogi.
Po wyjeździe z Ustrzyk Dolnych, z niecierpliwością czekałyśmy celu – Ustrzyk Górnych. Radością napawał fakt, że pogoda była wymarzona.

W drodze do Ustrzyk Górnych

W drodze do Ustrzyk Górnych

Bezchmurne, słoneczne niebo. Ruch turystyczny znikomy. Pojedynczo mijane samochody, czasem jacyś wędrowcy obładowani turystycznym ekwipunkiem. Wydawało się, że nic się nie może już zepsuć. A jednak! Dosłownie na nie więcej niż 5 km przed Ustrzykami pogoda zmieniła się o 180 stopni. Po bezchmurnym niebie i ciepłych promieniach słońca pozostało tylko wspomnienie. Nisko zawieszone chmury, które mogły zwiastować wszystko – wiatr, burzę, deszcz, ulewę, nic… Ciężkie do odczytania, przynajmniej dla mnie. Totalnego laika, jeśli chodzi o umiejętność rozpoznawania pogodowych sygnałów szczególnie, że byłyśmy w górach.
Gdy po chwili dotarłyśmy na miejsce, nasz plan reszty dnia bez wątpienia musiał ulec weryfikacji. Zresztą, właścicielka agroturystyki rozjaśniła nam nieco sprawę, jeśli chodzi o pierwotnie wybrany trakt. No cóż, nie jestem biegła w rozszyfrowaniu z warstwic na mapie ukształtowania terenu (jeszcze nie, bo mam zamiar się tego powoli uczyć praktykując). Jedyna wskazówka to szacowany czas przejścia z punktu A do punktu B. Tyle, że po zakończeniu sezonu, trudno się dostać z punku B do A (miejsca noclegu), o czym uświadomiła nas gospodyni. Żadnej komunikacji publicznej, marne szanse na prywatnego busa, a jeszcze marniejsze na stopa.
Wziąwszy pod uwagę aurę, szybki koniec dnia i wszelkie wskazówki właścicielki agro padła decyzja – przez Połoninę Caryńską do Berehów (Brzegów Górnych). Godzina 11 i ruszamy na szlak.
Na dole ta pogoda nie była taka najgorsza. Nawet niekiedy przejawiała chęć zmiany i rozproszenia się tych chmurzysk na rzecz promiennego słońca. Przemierzamy czerwonym szlakiem, a jednocześnie ścieżką przyrodniczą przez złocisty las. Jeszcze turystyczny ruch nie zamarł całkiem. Co kilka minut wymieniamy się przyjaznym dzień dobry zwykle z czeskimi i słowackim wędrowcami. Ta nasza kondycja to chyba nie najlepsza. Co chwilę zatrzymujemy się na krótką przerwę. Ja bym pognała najchętniej dalej, ale nie jestem przecież sama. Muszę dostosować tempo do mojej towarzyszki. W końcu nie tylko szczyt najważniejszy, a samo bycie w Bieszczadach. Przy granicy lasu otwierającej przed nami rozległe przestrzenie połonin. Przekonujemy się co znaczy zmiana pogody w górach. Zachmurzenie na dole było niczym w porównaniu do tego, co przywitało nas na górze. Wiatr był tak silny, że musiałyśmy niekiedy kucać, by nie zostać zdmuchniętymi z powierzchni. Jedyny w tej otwartej przestrzeni świerk tańczył na wszystkie strony i był też jedyną ostoją, chroniącą przed uderzającym z doliny wiatrem.

Mglista Połonina Caryńska

Mglista Połonina Caryńska

Z każdą minutą powietrze gęstniało, widoczność z kilkunastu metrów skróciła się do zaledwie kilku.

Połonina Caryńska zaczyna niknąć we mgle

Połonina Caryńska zaczyna niknąć we mgle

Połonina Caryńska

Połonina Caryńska

A jednak mimo to, pierwszy wierzchołek carycy zaliczyłyśmy.  Choć wiatr szalał, a widoków nie było żadnych, ilość turystów u szczytu była przyczynkiem do tego, że postanowiłyśmy kontynuować naszą drogę dalej w obranym kierunku. Po dotarciu na szczyt widoczność była bliska zeru. Jedyne co dostrzegłyśmy, to plecy siedzących na ławce turystów.

Połonina Caryńska

Połonina Caryńska

Ta aura zaczęła mnie przerażać. Choć podejrzewam, że mama była 10 x bardziej przerażona ode mnie. Nie marudziła jednak i podjęłyśmy decyzję, że idziemy dalej, skracając nieco zejście zielonym szlakiem przez przełęcz  Wyżniańską. Z oznaczeń wyglądało na to, że do zejścia na zielony szlak musi być już całkiem niedaleko. Nasze tempo hamował niemiłosierny wiatr. Tu już nawet jednego świerczka nie było, choć trudno zresztą powiedzieć co było. Jedyne bowiem co było na pewno, to nic nie widać. Turyści też jakby zapadli się pod ziemię. A może raczej rozsądnie nie pakowali się w dalszą drogę. Ta pustka dookoła nie napawała nas optymizmem. Mglista i mroczna aura, wietrzysko, zero ludzi, zero widoczności. Tylko jeszcze niedźwiedzia brakowało. Wyłaniający się między krótkotrwałymi przejaśnieniami kolejny szczyt napawał nas optymizmem. Jednak mimo poruszania się do przodu zdawało się, że ten jest coraz bardziej niedostępny.  To już przeszło naszą wytrzymałość. Postanowiłyśmy zrobić odwrót i wrócić do Ustrzyk Górnych tą samą drogą. Zgubienie szlaku było ostatnią rzeczą, jakiej byśmy chcieli tego dnia doświadczyć. Już zaczęłyśmy marznąć, a dodatkowa bluza rozwiązała problem na kilkanaście minut. Rękawiczki też okazały się zbyt cienkie. Dobrze, że gorąca herbata pozostała w plecaku.
Tą samą drogą, która zdawała się dwukrotnie dłuższa podczas odwrotu, doszłyśmy szczęśliwie do ściany lasu. Jak dobrze, że drzewa są strażnikiem ograniczającym nieskrępowane hulanki i swawole wiatru. Szczęśliwie zeszłyśmy na dół, gdzie przywitał nas inny świat. Cisza, spokój, nawet delikatny uśmiech ostatnich promieni słońca.

Jak nas przywita kolejny bieszczadzki dzień? Zajrzyjcie wkrótce 🙂

 

1 Comment

Dodaj komentarz