Sylwester ze słowackim akcentem i Noworoczne przemyślenia

Otwarte granice i swoboda przemieszczania się to niewątpliwie zaleta czasów, w których przyszło nam żyć. Wyjazdy na saksy pozwoliły mi nie tylko zarobić na jako taki start w dorosłe życie ale także, a może przede wszystkim, poznać ludzi z wielu zakątków świata. Niektóre znajomości rozpierzchły się gdzieś bez echa, inne pozostały tylko w sieci. Są jednak i takie, które trwają w realu, ze spotkaniami face to face, aż do dziś. No i dzięki takiej znajomości nasz ostatni dzień roku 2015 spędziliśmy za naszą południową granicą  u słowackiego kamrata. Nie zapuściliśmy się w głąb słowackiego kraju, a jedynie kilka kilometrów od linii granicznej. Ale nawet te kilka kilometrów wystarczy, by poznać różnice kultury, krajobrazu, historii albo też znaleźć jakiś ich wspólny mianownik. Skoro o różnicach mowa to tutaj wspomnę o zwyczaju Sylwestrowym (przynajmniej w wiosce, w której żegnaliśmy rok 2015), z którym nigdzie w Polsce dotychczas się nie spotkałam.

Sylwester po Słowacku
Domówka, jak domówka. Zastawiony stół mięsiwem, sałatkami, zakąskami, przekąskami i procentami według upodobania. O północy, podobnie jak u nas, wszyscy obecni mieszkańcy wioski wychodzą na ulicę by trochę zagłuszyć jej codzienną ciszę i spokój wystrzałami petard. Tylko czemu tak ciemno na tej wiosce? Przecież latarnie uliczne świeciły jak przyjechaliśmy, a naszym drogowskazem była oświetlona na wzgórzu ponad wsią cerkiew. Teraz ciemności egipskie. Zanim wioska rozbłysła w świetle fajerwerków, zdążyłam zaliczyć przydrożny rów, którego w ciemnościach nie jest zauważyć w stanie nikt, choćby jaki z sokolim wzrokiem się trafił i brakiem ułamka promili we krwi. Jak się już wygrzebałam a oględziny własne i wszystkich zgromadzonych wykazały, że uszczerbku na zdrowiu się nie nabawiłam, kamrat uświadomił mi myk z wyłączeniem latarni. Tak właśnie, świadomym wyłączaniem oświetlenia ulicznego w ramach oszczędności dla gminy czy kogo tam, kto za nie płaci. No dobra. Z takim rozwiązaniem spotkałam się także w naszych polskich wioskach. Ale żeby już o 20.30?
Ale wracam do tematu sylwestrowego obrządku. Niektórzy gospodarze na ulicę swych przysiółków wychodzą nie tylko z szampanem i petardami w ręku, ale z całymi suto zastawionymi stolikami, dla ogółu. Grzane wino, zakąski i głośne wspólne śpiewanie towarzyszą przywitaniu Nowego Roku. Kiedyś taką bliskość dostrzegałam i u nas. Może nie ze stolikiem, ale z szampanem w ręku życzenia składali sobie wszyscy, którzy ostatnie minuty Sylwestrowego dnia żegnali na świeżym powietrzu. Młodsi, starsi, sąsiad zza płotu i ten zza drugiego, trzeciego i czwartego płotu. Czasem się znalazła grupa, co przez całą wieś z życzeniami „wszystkiego najlepszego” przeszła. Ale dzisiaj już nie ma płotów. Są ogrodzenia, bramy, mury i fortece, za które lepiej nie zaglądać. A czasem jak kto zajrzy ukradkiem, to zawiść taka się w nim rodzi, że ani myśli szczęścia na Nowy Rok sąsiadowi życzyć. I tak z roku na rok coraz mniej sąsiadów na tej wiejskiej czy osiedlowej uliczce w Sylwestrową Noc zobaczyć można. Wszyscy uwięzieni na własne życzenie w tych swoich grodach i bastionach. Fajerwerki w niebo tylko gdzieś za tymi murami odpalane. Życzeń nie ma komu złożyć. Takie, smutne to czasy nastały…

Ja Wam moi drodzy jednak życzę dużo ludzkiej życzliwości, ciepła i serdeczności. No i niczym nie zachwianego zdrowia,  by móc spełniać swoje marzenia!
Szczęśliwego Nowego Roku!!!

Basia

4 komentarze

  • TRK 7 stycznia 2016 at 20:28

    Rowerowego Roku!

    Reply
  • Agata 7 stycznia 2016 at 22:23

    Ależ mi się podobają te twoje wpisy 🙂

    Reply
    • rowerowykraj 8 stycznia 2016 at 19:25

      A jak miło się czyta takie komentarze 😊 Dzięki! To motywuje i zobowiązuje 😉

      Reply

Dodaj komentarz