Raz górą, raz doliną. Droga pod Reglami, Gubałówka i Zakopane.

Co można robić w Zakopanem podczas jednodniowego wypadu? Można bezwiednie włóczyć się po Krupówkach, zaglądając od straganu do straganu, przerywając sobie to łazikowanie smakowaniem grillowanego serka. Można usiąść w drewnianej chałupie, kosztując zbójnickiego grzańca albo pobudzić kubki smakowe racząc się kwaśnicą. Ci, dla których Krupówki  nie są punktem obowiązkowym na mapie miasta, a przynajmniej nie na tyle wartym uwagi, by spędzić tu większość dnia, mogą wejść na Wielką Krokiew czy Gubałówkę, by poznać nieco smak górskiej wędrówki. Bardziej leniwi, albo mniej kondycyjni mogą wjechać tam koleją, co warto też zrobić dla niezapomnianych widoków. Można też pospacerować po mieście, zaglądając do starych uliczek, zabytkowych kościołów i chałup. W ciągu jednego dnia damy też radę podziwiać piękno gór wjeżdżając kolejką na Kasprowy Wierch. Można też pokusić się o wyruszenie na jeden z krótszych i mniej wymagających szlaków, a nie mniej urokliwych i wartych uwagi niż te, które zarezerwowane są dla bardziej wprawnych i ambitnych turystów. Polecam Dolinę Białego z Sarnią Skałą, skąd rozciąga się piękny widok na Giewont z jednej strony, a z drugiej na Zakopane.
W końcu można też wsiąść na rower, by jedną z niewielu tras, jakie można pokonać na rowerze w Tatrzańskim Parku Narodowym, niekoniecznie będąc pasjonatem MTB czy downhillu,  udać się na nieco wymagającą, ale jakże  obfitującą w fantastyczne widoki i pejzaże wycieczkę. Taki rowerowy tour w otoczeniu wyłaniających się zewsząd szczytów, pozostawia w nas cień zadumy i pokory wobec ujmujących magią, majestatem i zacnością gór.

W miasto lepiej nie!
No to ruszamy. W godzinach rannych opuszczamy Kraków z rowerami na bagażniku samochodu. Jest piątek. Z Krakowa jakoś wyjechaliśmy bez większego trudu. Pierwsze kłopoty zaczęły się na wysokości Rabki Zdrój, gdzie jedna sygnalizacja świetlna sprawiła nie małe zamieszanie na drodze. Dobrych kilka (może nawet kilkanaście) minut w korku i dalej jakoś poszło. Oczywiście do czasu. Jak się pewnie domyślacie do czasu, kiedy Zakopane było już na wyciągnięcie ręki. Mimo naszego planu, który powstał niezależnie od tego czy będą czy nie utrudnienia na drodze, a który zakładał zostawienie samochodu w Poroninie, podkuszeni dość płynnym ruchem pojechaliśmy dalej. Niedługo ta nasza jazda trwała i patrząc z zazdrością na mijających nas rowerzystów zawróciliśmy wyrywając się szponom zatoru, a wjeżdżając w boczną uliczkę na przedmieściach. Tu jakby inne życie niż to, które znane nam jest z centrum Zakopanego. Cisza, spokój, ruch uliczny prawie żaden. Zostawiamy samochód przy Muzeum Jana Kasprowicza na Harendzie, wsiadamy na rowery i w drogę! A tak swoją drogą, to zapewne Muzeum warto odwiedzić. My mamy tylko nieznaczną część dnia, więc tym razem odpuszczamy zwiedzanie.

Ach te Krupówki…
Nie mamy żadnego planu. Po prostu wjedziemy do miasta, zorientujmy się w najbliższym CIT co, gdzie, jak i damy się ponieść przypadkowi dnia.
Już na wjeździe sznur samochodów daje nam satysfakcję z wyboru jakiego dokonaliśmy kilka minut wcześniej – naszej zawrotki. Niech inni się męczą za szybami aut. My już cieszymy się na naszych rowerach słońcem i delikatnym smaganiem wiatru.
Jedno rondo, drugie i jesteśmy w CIT. Informacje nie są dla nas satysfakcjonujące. Uprzejmy człowiek oświadcza nam, że  poza trasami MTB to jedynie można się pokusić na rowerowy wyskok Doliną Chochołowską lub wspiąć się na Gubałówkę od strony Kościeliska. Szybka analiza odległości i czasu (dzień niestety jest już odczuwalnie krótszy) wyklucza zaliczenie tych dwóch punktów. Rzut okiem na mapę i mniej więcej obieramy plan działania.
Przejażdżka przez miasto doprowadzić nas mogła tylko w jedno miejsce. Krupówki. Tłum turystów patrzących wszędzie tylko nie przed siebie wyzwala w nas niepożądane emocje. Trzeba zsiąść z rowerów i jak najszybciej opuścić ten deptak. Wszak obecność tu nie daje nam satysfakcji ani emocjonalnej, ani estetycznej.  Uciekamy!!!

Głębszy oddech na Żelaznej Drodze 🙂
Drogą asfaltową prowadzącą do Kuźnic docieramy do stóp lesistych wzniesień. Tu swój początek ma Droga pod Reglami. Skręcamy w prawo i hałas i zgiełk uliczny ustępuje miejsca ciszy i spokojnemu rytmowi leśnego życia. Dlaczego zatem Droga Żelazna?  Ano dlatego, że kiedyś stanowiła główny trakt transportowy pomiędzy dwoma ośrodkami hutniczymi – w Dolinie Kościeliskiej i Kuźnicach. Przewożone nią były ciężkie materiały hutnicze – ruda, węgiel, półfabrykaty. Dzisiaj usytuowany jest na niej szlak turystyki pieszej, rowerowej a także narciarskiej łączący wyloty kilku dolin tatrzańskich.

Minąwszy dwie skocznie, Średnią Krokiew i Wielką Krokiew, pośród jeszcze na tym odcinku tłumnie wędrujących turystów, dotarliśmy do wylotu jednej z dolin tatrzańskich, dla których Droga pod Reglami stanowi swoistego rodzaju łącznik. Dolina Białego. Kto nie miał jeszcze okazji tędy wędrować, niech przy pierwszej sposobności z tego skorzysta. Jest tu pięknie zarówno latem jak i zimą. Od mojej wędrówki minęło dobrych kilka (naście?) lat, ale wycieczka tą doliną wytarła w mej pamięci obrazy, które przechowuję do dzisiaj.
Tym razem Doliną Białego nie wędrujemy, a jedziemy dalej w kierunku Doliny Strążyskiej. Turyści nieco się rozproszyli i znowu można się cieszyć błogim spokojem i pięknem roztaczającego się krajobrazu.
Mając pod ręką jedynie mapkę poglądową miasta, nie zaliczyliśmy egzaminu z umiejętności jej czytania. Na wysokości Doliny ku Dziurze (teraz to widzę z normalnej mapy turystycznej 1:25 000), opuszczamy Żelazną Drogę i znowu wjeżdżamy do Zakopanego.

Cmentarz na Pęksowym Brzyzku

Mijają ludzkie pokolenia,
Jak fale, gdy wiatr morzem zmęci,
I nie masz godów ich pamięci,
I nie masz bólów Ich wspomnienia!

Może to i dobrze, że akurat tak nas poniosło, bo dzięki temu mamy okazję zwiedzić stary Cmentarz na Pęksowym Brzyzku i sąsiadujący z nim Stary Kościół. Ktoś zapyta, cóż może być interesującego na cmentarzu? Niezwykłość tego cmentarza polega na tym, że chowano tu ludzi wybitnych i zasłużonych dla Zakopanego, Tatr i Podhala. Ale nie tylko to czyni cmentarz wyjątkowym. Są nim przede wszystkim niepowtarzalne nagrobki i kapliczki wykonane w drewnie, metalu, kamieniu, rzeźbione w motywy podhalańskie. Niestety nie mamy zdjęć własnego autorstwa z tego miejsca, choć i te nie oddałyby jego magii. Polecam jednak wpis z bloga Magdy Wieczna Tułaczka gdzie autorka zamieszcza wiele pięknych fotografii tych niezwykłych nagrobków.
Przed cmentarzem znajduje się najstarszy drewniany kościół w Zakopanem, powstały w latach 1847–1852. Jest to jeden z najcenniejszych zabytków Zakopanego. Urokliwy, drewniany kościółek, którego wnętrze wypełniają obrazy ludowe. Ktoś nie zna jeszcze tego miejsca? Koniecznie musi się tu wybrać.

No to jazda w górę!
Po chwilach zadumy i refleksji ruszamy dalej. Wspinamy się drogą główną do Kościeliska skąd obrać mamy kierunek na Gubałówkę. Mijamy Szymoszkową, a widoki już zapierają dech w piersiach. Dech staje się także nieco cięższy, bo wspinamy się cały czas pod górę. Nie jest jednak źle. Z przerwą na bułkę z bananem docieramy do Kościeliska. Oznaczenia szlaku rowerowego nakazują nam skręcić w prawo. Odbiega nieco ta opcja od wskazówek uprzejmego Pana z CIT, który radził nam skręcić w prawo dopiero za kościołem. Ktoś z miejscowych jednak mówi nam, że to jedyna droga na Gubałówkę. Skręcamy. Podjazd o dość mocnym nachyleniu już od pierwszych ruchów korbą daje nam się we znaki. Wijąca się przed nami droga, jakby z nas drwiła i rzucała wyzwanie. Nie poddamy się przecież bez walki! Podnosimy rękawicę! Nie jest łatwo wygrać ten pojedynek. W dodatku przeciwnik ma asa w rękawie. Niesamowite widoki! Rozpościerające się na horyzoncie, spowite gęstym powietrzem, jawiące się jak nietuzinkowe malowidło, Tatry. Pierwsza runda zakończona. Chwila przerwy.

Dla takiej scenerii warto toczyć bój. Rundę drugą czas zacząć. Już łagodniej, ale cały czas pod górę. Pomagam sobie nieco jadąc zygzakiem. Nie, to trochę niebezpieczne z uwagi na jeżdżące samochody. „Nie poddawaj się” mówi mój wewnętrzny głos. Nie poddaję się. Dojeżdżamy do parkingu, skąd dalej ruch samochodowy jest zamknięty. Wydaje się, że walkę mamy zwyciężoną. Jednak nie. Podobnie jak na Krupówkach musimy stoczyć walkę z tłumem turystów. Niedbale, opieszale, bezmyślnie, apatycznie, gapowato chodzących gromadami ludzi, którzy czują się jak na własnym podwórku. „Przecież tu nie ma ścieżki rowerowej!” – słyszę za plecami. Milczę, mając na końcu języka „a chodnik tu jest?” W takich wypadkach lepiej zastosować maksymę „Nie dyskutuj z idiotą. Najpierw sprowadzi cię do swojego poziomu, a potem pokona doświadczeniem”. Opanowani, przynajmniej zewnętrznie, dotarliśmy na szczyt.

I może byłoby miło posiedzieć dłużej na którymś z knajpowych tarasów, gdyby nie męczące góralskie disco polo, kołomyja robiących sztuczny tłum oszustów przy grze w 3 kubki, 3 karty czy też inne różne 3. Uciekamy i stąd. Dużo szybciej niż wjechaliśmy. Zjeżdżamy w kierunku Zęba – jednej z najwyżej położonych miejscowości w Polsce.

Smak innej perspektywy
Nie do wiary! Wystarczyło ujechać kilkaset metrów i cały ten kołowrót odszedł w niepamięć. Przestrzeń, cisza, spokój, sielskość pozwalają nam przywrócić wewnętrzną równowagę. Poddajemy się tej idylli i za piękną drewnianą kapliczką na Furmanowej rozkładamy się na łące, by w tym błogostanie patrzeć na rozpościerającą się stąd piękną panoramę Tatr.

Zakopane. Widok z Gubałówki.

Zakopane. Widok z Gubałówki.

Żal wracać
Słońce chyli się powoli ku zachodowi. Moglibyśmy tak trwać w tej chwili całą wieczność. Czas jednak ruszać dalej. Jeszcze na chwilę zatrzymujemy się na rozstaju dróg Ząb-Poronin, gdzie usytuowana jest tablica upamiętniająca wizytę Papieża Jana Pawła II.

Ząb

Ząb

Ząb jest miejscowością tak urokliwie położoną, że na dłuższy pobyt w Tatrach na pewno warto się wybrać właśnie tutaj. Bez zgiełku, gwaru, harmidru. Mam nadzieję, że w szczycie sezonów, nie prezentuje się gorzej niż teraz, wczesną jesienią.
Skoro Ząb to jedna z najwyżej położonych miejscowości w Polsce, to przed nami jazda nie wymagająca wysiłku, co nie znaczy, że nie wymagająca uwagi. Sunąc kilka kilometrów w dół, mając fantastyczne widoki na horyzoncie, odciągające nasza wzrok od tego co się dzieje na jezdni, trzeba umieć zachować zimną krew skupiając się jednak bardziej na tym, co się dzieje na drodze. Chwila nieuwagi może się bowiem zakończyć katastrofą w ruchu lądowym :/ Nam udaje się zjechać do Poronina bez szwanku. Na zakończenie tego nietuzinkowego dnia, zatrzymujemy się jeszcze pod Harendą, gdzie właśnie rowerzyści downhillowi trenują przed imprezą Joy Ride Night Downhill. Trasa slalomu wypełniona jest skoczniami, ostrymi bandami i ścianami. Zjazd taką trasą z prędkością kilkudziesięciu kilometrów km/h to nie lada wyczyn. Chapeau bas downhillowcy!

Na nas już czas.

Zapraszam do pełnej fotorelacji 🙂

No Comments

Dodaj komentarz