Droga Pienińska, Szczawnica i Niedzica. Rozstania i powroty.

Dunajec wcinający się w skalne zbocza gór, kolorowa jesień, majaczące w oddali szczyty Tatr, tajemnice pobliskich zamków. Taki obraz Pienin utkwił w mojej pamięci z zeszłorocznego doń wypadu. A do tego wszystkiego ścieżka rowerowa zwana Droga Pienińską, wiodąca przez Przełom Dunajca, po której jazda jesienną porą, to sama przyjemność. Gdy po raz pierwszy ujrzałam tą malowniczą trasę z pokładu tratwy, zazdroszcząc wówczas wszystkim pomykającym tam bikemenom postanowiłam, że sama muszę doświadczyć tej przyjemności. Po niespełna miesiącu udało się. Wróciłam w Pieniny i trasę tę pokochałam od pierwszego przejazdu. No i stało się, jak to w miłości. Zapragnęłam być, czuć, dotykać, chłonąć wszystkimi zmysłami to miejsce i wracać tu, kiedy tylko nadarzy się okazja. Choćby na chwilę. Chociaż na krótkie spotkania z tajemniczą i chłodną tonią Dunajca, dającym wytchnienie i spokój cieniem drzew, wilgocią i ciepłem skalnych ścian, energią strzelistych jodeł, dotykiem promieni słońca przedzierających się pośród rozłożystych koron drzew i zapachem. Zapachem jesieni, zapachem początku zimy, zapachem modrookich potoków, zapachem mchu, zapachem ściółki, zapachem gór.

Okazja powrotu nadarzyła się po upływie roku. Powróciłam tu ponownie. Bałam się, że ta magia minie. Że to pierwsze wrażenie być może było złudne. Wiecie jak to jest. Coś się wydaje wyjątkowe, niepowtarzalne, magiczne, niezmienne. Popadamy w zachwyt. W pamięci zapisujemy obraz wyjątkowy, zdaje się niedościgniony. Potem wracamy i… rozczarowanie. To nie te same zapamiętane smaki, nie te same zapachy, nie te same miejsca. Jakby wyobraźnia spłatała nam figla przy pierwszym spotkaniu rysując przekłamany obrazek. Wróciłam w to samo miejsce i okazało się, że wszystko co zapamiętałam z tamtego pierwszego wyjazdu pozostało niezmienne. Mój obraz Pienin pozostał ten sam. Wróciłam po 12 miesiącach, a wszystko było jak wtedy. Ten sam szum rzeki, te same górujące szczyty Sokolicy i Trzech Koron, taki sam posezonowy spokój i to samo uczucie. Zachwyt i miłość do tego miejsca. A miłość ta miała taki początek.

Pierwsze wrażenie
Jest wrzesień roku 2014. Przelotem jestem z wycieczką w Pieninach zaznawać jednej z największych tutejszych atrakcji – spływu Dunajcem. Moją uwagę przyciąga nie mały ruch rowerowy i pieszy na szutrowej dróżce biegnącej wzdłuż Dunajca. Flisak tłumaczy, że to trasa pieszo-rowerowa mająca swój początek w Szczawnicy, a potem biegnącą po ziemiach naszych słowackich sąsiadów do Czerwonego Klasztoru. Szepczę do koleżanki, że właśnie postawiłam sobie jeszcze jeden podróżniczo-rowerowy cel na ten rok, wskazując na trakt. Mija niespełna miesiąc i w towarzystwie Luka i bliskich mi trzech osóbek ruszamy na kilka słonecznie zapowiadających się październikowych dni w Pieniny. Zabieramy rowery oczywiście. Na bazę wypadową wybierany Krościenko nad Dunajcem. Byłam tu wieki temu z wycieczka szkolną. Z wyjazdu tego nie pamiętam za wiele, ale chyba wówczas podobało mi się to miejsce. Rzuciłam okiem na mapę i kierując się właściwie tylko tą „logiką” – prastarym wspomnieniem i dobrą bazą wypadową na szlaki górskie, dokonałam wyboru tego właśnie miejsca. Znaleźliśmy odpowiednią dla siebie kwaterę, o czym mogliście się już przekonać czytając wpis o cioci Krysi i rozpoczęliśmy naszą przygodę pośród dróg, dróżek i pienińskich rozdroży.

Pierwsze bliskie spotkanie
Nasze rowerowanie rozpoczęliśmy od bliższego poznania okolicy. Włócząc się po Krościenku i Szczawnicy chwytaliśmy każdy promień październikowego słońca. Powietrze z każdym zanikającym jego promieniem robiło się o stopień chłodniejsze, co przypominało nam, że to już jesień. Ciepła bluza i chusta na głowie lądowały na moim ciele, tak szybko, jak szybko zanikały promienie słońca. Wiedzieliśmy, że na rowerowe jazdy mamy niespełna kilka południowych godzin, kiedy słońce jest w pełni i jeszcze dość mocno potrafi ogrzać. Wyjechaliśmy z Krościenka w przedpołudniowych godzinach. Na szczęście udało nam się znaleźć jedną czynną rowerową wypożyczalnię, skąd Krzychu pożyczał dwa kółka. My mieliśmy swoje. Z Krościenka do Szczawnicy wiodła nas wzdłuż Dunajca rowerowa ścieżka i potem chodnik. Centralnie do miejsca, gdzie tratwy miały swą końcową przystań, a swój początek miał pieszo rowerowy trakt Przełomu Dunajca. Zanim docieramy do słowackiego pawilonu Pienińskiego Parku Narodowego, gdzie przebiega granica państw, toczymy się po asfaltowej nawierzchni. Po przekroczeniu granicy asfalt ma swój koniec i zaczyna się szutrowa droga, która bardziej wkomponowuje się w otaczający krajobraz.

Co jakiś czas widzimy tabliczki informujące, że na danym odcinku należy zsiąść z roweru. To pewnie ze względów bezpieczeństwa, bo niekiedy ścieżka przebiega przy samej rzece, bądź na stromych wysokich nasypach tuż nad jej nurtem, upadek z których mógłby się zakończyć naprawdę przykro. Ale mimo tych miejsc, gdzie trzeba zachować większą ostrożność i wykazać się rozwagą, nie ustawiono szpecących barierek, które pod pretekstem naszego bezpieczeństwa nabiły by komuś kabzę, a zapewne zeszpeciły uroki trasy. Kto zaś znaki lekceważy, to zapewne do pierwszego mandatu za ich nieprzestrzeganie. Kilkadziesiąt, a może nawet kilkaset euro mniej w kieszeni, uczy szybko zachowania ostrożności w tych miejscach. Perspektywa zubożenia naszych kieszeni powoduje, że grzecznie opuszczamy siodełka zgodnie z nakazami, mimo że na szlaku jest pusto. Z mojej obserwacji wynika, ze zagrożenie raczej dotyczy miesięcy, gdy piesi i rowerzyści tłumnie wylegają na szlak. Wtedy robi się dość ciasno i o zderzenie tudzież niefortunny upadek kończący się kąpielą w Dunajcu nie trudno. W październikowy czas, mimo że pogoda jest cudowna, ścieżkę mamy niemal tylko dla siebie. Po drodze, która liczy sobie ok. 10 km mijamy zaledwie kilku rowerzystów. Rozkoszując się widokami, zatrzymujemy się co rusz na pstryknięcie foto. Przebarwione liście drzew, pojedyncze tratwy sunące po rzece, cisza i tylko gdzieś tam na szczycie Sokolicy sylwetki ludzi patrzących zapewne na ten sam Dunajec, tylko i z innej perspektywy. My też mamy zamiar poznać piękno Pienin z ich szczytów, kolejnego dnia.

Tymczasem docieramy do Czerwonego Klasztoru.

Z polany, na której robimy sobie krótką przerwę rozlega się panorama na królową Pienin, która atrybut władczyni ma nie jeden ale trzy – Trzy Korony.

Widok na szczyt wywołuje między nami dyskusję, dlaczego właśnie Trzy Korony. Przecież te trzy wyróżniające się skalne formy (a właściwie pięć) w całości tworzą obraz przypominający jedną koronę. Do porozumienia co do etymologii nazwy szczytu nie dochodzimy. Ale po powrocie mam zamiar to sprawdzić. A tymczasem przeglądamy mapę i obieramy kierunek dalszej jazdy.

Wybór pada na Niedzicę ze sławetnym m.in. z „Wakacji z duchami” zamkiem. Jesteśmy na terenie Słowacji i przez Słowację, trasą biegnącą wzdłuż głównej drogi, docieramy do granic Polski. Po stronie polskiej wiedzie nas ścieżka rowerowa. W dole po prawej tafla Jeziora Czorsztyńskiego skrzy się w słońcu, a nad nią kolorowe wzgórza. Po dość trudnym podjeździe docieramy w końcu na koronę zapory. Na jednym brzegu jeziora zamek Niedzica. Na drugim zamek Czorsztyn. A to wszystko w scenerii zmieniających swą barwę liści drzew. A dookoła góry. Piękne to widoki.

No to co? To na zamek! Podjeżdżamy pnąc się jeszcze nieco w górę. Tu jeszcze turystyczny sezon trwa. Czynne budki z pamiątkami, grillowane serki, zapełniony samochodami parking. Na wizytę w zamku nie decydujemy się jednak. Przed nami jeszcze wymagająca droga powrotna, a ciepło w górach szybko zamienia się w chłód. Ruszamy cofając się nieco w dół, by potem obrać kierunek przez Sromowce Wyżne do naszej kwatery w Krościenku. Oj, jest to sprawdzian naszych możliwości. Nachylenie podjazdu może nie jest zbyt ostre, ale dłuuuugie, mozolne, pokręcone. Jedziemy i jedziemy i jedziemy. Nawet mi ta jazda sprawia frajdę. Kilometrów nie ubywa. Ani za nami ani przed nami. Rozsypał się ten nasz czteroosobowy peleton. W czołówce uplasowali się przedstawiciele męskiego gatunku. W ogonie pozostała płeć piękna. Na metę dotarli wszyscy. Wszyscy tak samo wygrani. Ja i Luk, jako już nieco wprawieni w rowerowych jazdach, ale całkowici amatorzy jeśli chodzi o górskie klimaty. Krzychu wyrwany ze szkolnej ławy, co prawda trenujący judo, ale nie długodystansowe wysiłkowe rowerowe jazdy. Jednak jak widać siła mięśni ud i łyd się przydała. Terka, spędzające całe dnie za biurkiem, z zapałem do ruchu lecz nie wprowadzanym raczej w czyn. Pokonaliśmy podjazd i swoje słabości. Teraz czekała nas już tylko jazda z górki. Wybraliśmy boczną drogę przez wioskę Hałuszowa. Wąską ale asfaltową drogą, z prędkością niekiedy przekraczającą ta dozwoloną ze znaków drogowych, zjechaliśmy do DW 969 i wpedałowali prosto do Krościenka.
Wszyscy zadowoleni z tego dnia, z uśmiechami na twarzy wróciliśmy do punktu startu. To był dzień pełen słońca, pozytywnej energii, pięknych krajobrazów, wybornej ścieżki rowerowej i magicznych zamków. Polecam trasę wszystkim wielbicielom niezapomnianych widoków.

Aha. Dlaczego Trzy Korony? Historii bajanych jest kilka. Tych najbardziej wytłumaczalnych racjonalnie, znalazłam jedną. Otóż pierwotna nazwa dzisiejszych Trzech Koron nosiła nazwę po prostu Pieniny. Później pojawiła się w dokumentach nazwa Kronenberg, tłumaczona na polski jako Korona lub Góra Koronna. Ks. Michał Matras pisał, że potężny masyw góry Korona zwany jest błędnie od trzech zębów korony Trzema Koronami. Autor przewodników po Pieninach Józef Nyka także sugeruje, że pierwotna nazwa Korona była właściwsza. Skąd się zatem wziął ten niby błąd? Swoimi dociekliwymi badaniami sprawę tę przybliżył Jakub Żmidziński, autor rozprawy pt. „O tym, jak Korona rozpadła się na troje”. Jego badania wskazały, że błędna nazwa pojawiła się w przewodniku po górach księdza Eugeniusza Janoty. Skąd się wkradł błąd, próżno wyjaśniać. Ale publikacja Janoty mogła być początkiem powielania i utrwalania błędnej nazwy, która w końcu została w powszechnym użyciu.

Rozstania i powroty
Dzień w pełni satysfakcjonujący pozostawił we mnie niedosyt. Wiedziałam, że kiedyś muszę tu wrócić. Wróciłam tej jesieni. Ponownie dusza się radowała przemierzając Drogę Pienińską, a później słowacki szlak. Niech ta tegoroczna przyjemność pozostanie na później…

Wiatru w plecy!
Basia

No Comments

Dodaj komentarz