Czasem w słońcu, czasem w śniegu. Rower na niedzielne drugie śniadanie.

Wczorajszy dość intensywny opad śniegu nie zwiastował tego, ze dzisiaj mój rower ujrzy światło dzienne. Wracając późnym wieczorem z towarzyskiej nasiadówki brodziłam w białym puchu, po którym dzisiaj rano nie było już śladu, przynajmniej na miejskich chodnikach. Niedzielne słońce promieniejące od świtu było przyczynkiem do zerwania się na nogi i porwania na rowerową przejażdżkę. A co? Czy tylko trzy pory roku w postaci wiosny, lata i złotej pięknej jesieni są odpowiednie na rower? Nie! Każda aura jest dobra, przy odrobinie chęci, samozaparcia i właściwego ubioru. Z naszej dwójki, chęci i samozaparcie dzisiaj były tylko ze mną. Tak też odziałam się nieco cieplej niż zwykle, odkopałam z piwnicznego miszmaszu mojego crossa i pojechałam przed siebie. Miasto vs las
Miejskie ulice jeszcze mokre, po stopniałym już śniegu. Chodniki tu i ówdzie osuszone, gdzie nie gdzie w bruzdach pośniegowego błota. Ale to nie przeszkadza. Najważniejsze, że słońce mocno świeci i czyni tą przejażdżkę bardzo przyjemną. Jadę niespiesznie rowerową ścieżką, na której dzisiaj zupełnie pusto. Opuszczam miasto i wjeżdżam na dukt pomiędzy leśnym ostępem, gdzie nawierzchnia jest całkiem mokra. Zbierająca się spod opon woda bryzga na wszystkie strony, a przede wszystkim na plecy. Błotniki są jednak niezbędne, chyba że lubimy utaplać się w błocie. Gdy tylko odwrócę głowę w prawo lub lewo, wszystko wygląda inaczej. Tutaj zimowa aura zdążyła się zatrzymać na spowitych cieniem drzew, leśnych drogach i dróżkach.

Można by wskoczyć w biegówki i rozpocząć sezon narciarski 🎿 Niestety zimowa biel istnieje tylko tam gdzie słońce nie zdołało jeszcze dotrzeć ze swoim ciepłym muśnięciem.

Po kilku kilometrach jazdy ulicą Siennieńską skręcam na lokalną drogę przez miejscowość Nowa Dębowa Wola. Przez kilka kilometrów trzymam się biegnącego tędy żółtego szlaku Środkowego dorzecza Kamiennej, nad którym pieczę sprawuje ostrowiecki oddział PTTK.

Trasa przez Nową Dębową Wolę

Nowa Dębowa Wola

Okalające wioskę lasy oraz znikomy ruch samochodowy pozwoliły na dłuższe zatrzymanie zimy na tutejszej drodze. Poruszam się jak po szachownicy. Raz białe pole, raz czarne. W końcu dokręcam do ściany lasu. Spodziewałam się białej ślizgawki, a przywitała mnie całkiem czarna szutrowa droga. Najwyraźniej pośród strzelistych, majestatycznych świerków dukt nie zdążył się zabielić. Latem na trakcie tym nie sposób nie spotkać rowerzysty. Dzisiaj jestem tylko ja i wszechogarniająca leśna cisza przerwana na chwilę trzepotem ogromnych skrzydeł lądującego na gałęzi jastrzębia.

Spoza cieni ku słońcu
Opuszczam las, gdzie na końcu drogi między przerzedzonymi drzewami, zaznaję jeszcze trochę białego szaleństwa. 

Żegnam się z zimową aurą i dolatuję do miejscowości Kurzacze, cały czas kierowana dobrze oznakowanym na tym odcinku żółtym rowerowym szlakiem.  Tu jakby panowała inna pora roku. Rozległe pola i łąki skąpane są w pełnym słońcu. Na asfaltowej drodze po śniegu ani śladu. Jedynie w bruzdach pól zalega jeszcze trochę białej szaty.

Promienie słońca sprawiają, że nie czuję w ogóle chłodu. No może poza wyjątkiem stóp, na których pomimo ciepłych skarpet wylądowały buty przystosowane raczej na cieplejszą porę roku. Pedały z systemem click’r, nie zamienione dotychczas na klasyczne pedały platformowe, wymusiły na mnie taki wybór. Choć buty z normalną podeszwą sprawdzają się i na nich nie najgorzej. W szafie zostały też ochraniacze na buty, które rozwiązałyby problem przenikającego przez siatkę mroźnego powietrza. Jakby nie było, złapane trochę chłodu na stopy podczas leśnej przeprawy, szybko odeszło w niepamięć po wyjechaniu na otwartą, słoneczną przestrzeń.
Miłkowska Karczma jakby wymarła. Na drodze tylko nieco pośniegowego błota i kilka wałęsających się psów. Tutaj pozostawiłam gdzieś z boku żółty szlak i udałam się w kierunku miasta. Przemierzając tak sobie pustą ulicą, ujrzałam nagle kilkaset metrów przed mną sylwetki dwóch rowerzystów. Pomyślałam, a jednak nie tylko ja postanowiłam co nieco zaczerpnąć ostatnich łyków listopadowego powietrza. Są jeszcze w tym mieście inne rowerowe świry. Sylwetki okazały się jednak nie należeć do rowerowych zapaleńców, a raczej miejscowych „wartowników”, którym rower towarzyszy chyba zawsze, a najczęściej jako narzędzie utrzymania równowagi.
Jako samotny jeździec dotarłam z powrotem do miasta. Tu rowerowe ścieżki już całkiem suchutkie. Po nocnej zimie ani śladu. A mimo to, rowerzystów brak. Szkoda, bo aura naprawdę wyśmienita na niewymagającą niedzielną przejażdżkę. A wykres samopoczucia od razu poszedł w górę 🙂

Miłego rowerowania
Basia

No Comments

Dodaj komentarz